piątek, 26 sierpnia 2016

ORLY Road Trippin | Manicure ze stempelkami

Zwykle w sezonie letnim bardzo popularne stają się neonowe odcienie lakierów do paznokci. Każdy kto po takie kolory kiedyś sięgał na pewno wie, że neony bywają słabo kryjące i często trzeba pomalować paznokcie białą bazą... co czasem zupełnie zniechęca do malowania. Ja dziś przychodzę z super napigmentowanym, mocno kryjącym żółtym neonem od Orly - Road Trippin z letniej kolekcji.


Aparat jak zwykle przy takich żarówiastych kolorach niestety wymiękł, więc musicie uwierzyć na słowo, że Road Trippin to ekstremalnie nasycony, żółty neonowy odcień. Wyróżnia się własnie pigmentacją, bo nie wymaga już białej bazy pod spód, a dwie grubsze warstwy mogą być wystarczające. Ostrzegam jednak wszystkich niewprawionych w malowaniu, bo lakier jest dosyć trudny w obsłudze i lubi smużyć, ale kolor wynagradza wszelkie niedogodności ;). Road Trippin kupicie stronie marki (o tutaj) lub na targach kosmetycznych jeśli na takich zdarza Wam się bywać.



Choć lakier sam w sobie ma moc, to miałam ochotę dorzucić jakiś wzorek i padło na stempelki. Tym razem nie odbijałam bezpośrednio na paznokciach, ale zrobiłam lakierową "naklejkę" - najpierw przenosząc wzór na stempel, potem kolorując go i po wyschnięciu przenosząc już na paznokcie. Trochę z tym zabawy, ale efekt całkiem fajny.

Płytkę do stemplowania z takimi piórkami mam z Lady Queen - tu jest konkretnie ten wzór (mają mnóstwo rzeczy do paznokci i wysyłkę za free, tylko trzeba na nią trochę czekać bo idzie z Chin). Ja dość często zamawiam z takich sklepów i z ali, to prawdziwy raj ozdób do paznokci ;). Po lewej stronie bloga znajdziecie kod na 15% zniżkę w Lady Queen, niedużo ale zawsze coś ;).

czwartek, 25 sierpnia 2016

beGLOSSY Na szpilkach | sierpień 2016


Hej! Dziś przychodzę z recenzją sierpniowego beGlossy "Na szpilkach". Jak sama nazwa wskazuje, w tym miesiącu mogliśmy spodziewać się kosmetyków przeznaczonych do pielęgnacji stóp, ale nie tylko. Ja obstawiałam jakiś krem do stóp i gadżet w rodzaju wkładek do szpilek lub sztyftu na otarcia - z jednym trafiłam :). Przypuszczałam, że nie wszystkie kosmetyki będą z przeznaczeniem do stóp i tu także się nie pomyliłam, bo w pudełku znalazło się także coś do ciała, włosów i dłoni. Tym razem kolorówki brak.




EVREE Nawilżający olejek do ciała Power Fruit | Najfajniejszym produktem w tym pudełku jest moim zdaniem dwufazowy olejek od Evree. Marka ma bardzo dobre te olejki, a tej wersji jeszcze nie próbowałam, więc z chęcią ją sprawdzę. W składzie znajdziemy olejek malinowy, winogronowy, jojoba, sezamowy, awokado i kwas hialuronowy. Power Fruit ładnie pachnie i jest pełnowymiarowy.

SHEFOOT Sól do kąpieli stóp | Saszetka z solą do stóp z minerałami z Morza Martwego. Wszelkie sole do kąpieli (także do kąpieli stóp!) wprost uwielbiam, także saszetka nie zmarnuje się u mnie. Produkt fajny, ale szkoda że mała pojemność, starczy na raz.

PUREDERM Maska na dłonie | Maska nawilżająca z ekstraktem z płatków owsianych. Ma zawierać także masło shea i miód, a dzięki nim nawilżać i odżywiać dłonie. Na pewno z przyjemnością ją wypróbuję, ale znów troszkę szkoda że to jednorazowy produkt.

PODOSHOP Ulga | Silikonowe wkładki do szpilek poniekąd przewidziałam! W beGlossy pojawiły się w dwóch wariantach (pod przodostopie lub zapiętka). Ciekawa jestem czy będzie różnica, bo nigdy nie nosiłam podobnych wkładek. Już w sobotę mam w planach je sprawdzić.

ESSENCE ULTIME Szampon Caviar | Nowość marki Schwarzkopf czyli szampon z ekstraktem z kawioru. Fajnie, że wrzucili do pudełka coś co dopiero wchodzi na rynek! Z opakowania wygląda zachęcająco, a czy się sprawdzi - zobaczymy.


Jesteście zadowolone z nowego beGlossy? Moim zdaniem na tle poprzednich pudełek to wypadło akurat tak średnio. Na plus olejek Evree, który od dawna mnie kusił i szampon, który dopiero ma pojawić się w sprzedaży. Maska i sól też są spoko, ale to produkty na raz, a chyba wolałabym coś o większej pojemności. Co sądzicie?



środa, 24 sierpnia 2016

Jak przedłużyć letnią opaleniznę? | TEST: KOLASTYNA Luxury Bronze

W ciągu ostatnich dwóch miesięcy testowałam letnią linię pielęgnacyjną z Kolastyny: samoopalacze, kosmetyki do opalania i po opalaniu. Niestety częściej sięgałam po produkty samoopalające niż filtry do opalania, bo pogoda była bardzo różna (ale mam nadzieję, że lato jeszcze się nie kończy!).

Jeśli chcecie podkręcić albo przedłużyć opaleniznę to warto sięgnąć właśnie po typowe samoopalacze lub kosmetyki stopniowo brązujące. Wiem, że wiele osób boi się pomarańczowego odcienia i smug na skórze, ale teraz naprawdę samoopalacze są coraz lepszej jakości, a przy odrobinie wprawy można je nałożyć równomiernie. Często mi się zdarza słyszeć pytania w stylu "gdzie się opaliłaś", a tymczasem to zazwyczaj jest zasługa samoopalaczy, bo długo na słońcu leżeć nie lubię (a poza tym to niezdrowe!). Sama też do końca zwykle nie jestem w stanie odróżnić na ile moja skóra jest opalona od słońca, a na ile od kosmetyków co świadczy o naturalnym efekcie :).


Zdarza mi się używać przeróżnych samoopalaczy, tańszych i droższych, a jak wypadły te z Kolastyny? Seria nazywa się Luxury Bronze i mamy w niej balsam brązujący do ciała, samoopalacz w kremie do twarzy i ciała oraz samoopalacz w sprayu. Wypróbowałam wersję dla jasnej karnacji, ale myślę że lepiej sprawdziłaby się u mnie ta do ciemniej, bo efekt był raczej delikatny. Dla jednych może być to plusem (jeśli obawiacie się aplikacji), inni mogą woleć właśnie od razu większą różnicę w kolorze skóry.

Żadnym z samoopalaczy nie zrobiłam sobie nigdy smug, rozprowadzają się całkowicie bezproblemowo. U mnie sprawdziły się bardzo fajnie, efekt jest delikatny po pierwszej aplikacji, ale jeśli będziemy używać ich regularnie różnica będzie większa. Szczególnie polubiłam krem w mniejszej tubie i spray - one pachną jak masło kakaowe! To najładniej pachnące samoopalacze jakich kiedykolwiek używałam, choć wiadomo że po jakimś czasie charakterystyczny zapach się pojawia, ale nie jest intensywny czy męczący. Ważne też, że nie wysuszają bardzo skóry, bo choć uwielbiam mocny efekt po samoopalaczu SunOzon to przesusz jest niestety gwarantowany.


Oprócz samoopalaczy Kolastyna ma wśród letniej gamy produktów olejek ze złotymi drobinkami. Jestem fanką olejków w sprayu i generalnie suchych olejków, a te z dodatkiem drobinek wręcz uwielbiam na lato. Ten choć jest całkiem całkiem, to jednak nie został moim faworytem w tej kategorii produktów. Ładnie nabłyszcza skórę, a drobinki są subtelne - sprawdzi się do podkreślenia opalonej skóry. Nie polecałabym jednak używać go do opalania ze względu na zbyt niski filtr, ani oczekiwać super nawilżenia (skład oparty na parafinie). Ja lubię używać go przed wyjściem z domu kiedy się spieszę, bo aplikacja zajmuje minimum czasu.


Filtry na wszelkich letnich wyjazdach to moim zdaniem podstawa - tutaj mamy SPF 30 w dużym 'rodzinnym' opakowaniu i niższą 15 SPF. Faktor 30 jest dla mnie optymalny, choć często i tak sięgam po 50 (a szczególnie do twarzy). Trzydziestka ma gęstą, trochę toporną formułę, ale nie jest tłusta czy lepka, pozostawia skórę wręcz lekko zmatowioną. W pierwszym momencie troszkę bieli, jednak po roztarciu na skórze jest zupełnie przezroczysty. Z kolei SPF 15 to lekki spray w formie rzadkiego mleczka. Aplikuje się bardzo przyjemnie i ekspresowo - takie formuły zdecydowanie lubię na plaży! Błyskawicznie się wchłania :).

Na koniec zostawiłam balsam po opalaniu SOS z pantenolem i alantoiną. Staram się nie doprowadzać do sytuacji, w których skóra będzie zaczerwieniona od słońca, ale wszystkiego przewidzieć się nie da i na takie okazje zawsze mam w zanadrzu coś po opalaniu. Zimą używam takich balsamów również po depilacji, bo świetnie sprawdzają się także w tej roli (w końcu łagodzą podrażnienia). Ostatnio właśnie odrobinę mnie spiekło, więc wypróbowałam balsam Kolastyny i faktycznie trochę załagodził podrażnioną skórę, a przy okazji ją nawilżył.


W moim teście zdecydowanie najlepiej wypadły samoopalacze - pięknie pachną masłem kakaowym, nie robią smug i dają super naturalny efekt. To na nie właśnie warto będzie zwrócić uwagę. Pozostałe kosmetyki też się sprawdziły, ale okazały się raczej po prostu poprawne.


Z jakich marek są wasze ulubione samoopalacze?

wtorek, 23 sierpnia 2016

ARTDECO Hello Sunshine

Dziś pod lupę weźmiemy letnią kolekcję Artdeco Hello Sunshine, utrzymaną w ciepłej tonacji złotych brązów. Latem uwielbiam takie kolory (zresztą brązowych cieni używam cały rok), bo fajnie komponują się z lekko opaloną skórą i nawet dodatkowo jeszcze ją podkreślają. W kolekcji pojawił się brązer, róż, tusz do rzęs, trwałe cienie w sztyfcie i żelowe pomadki. Artdeco po raz kolejny pozytywnie mnie zaskoczyło jakością produktów.


Ulubionym kosmetykiem z kolekcji została pomadka Color Lip Shine o nietypowej żelowej formule. Bardzo lubię żelowe pomadki, ale szczerze mówiąc strasznie rzadko na takie natrafiam! Konsystencja jest właśnie bardziej żelowa niż kremowa, a sama szminka wygląda na ustach bardziej lekko choć nie oznacza to wcale transparentnego wykończenia. Jest także mocniej nawilżająca i ma charakterystyczny wilgotny połysk. Mój odcień to jeden z trzech dostępnych - Shiny Apricot. To taki ciemniejszy, brzoskwiniowy nudziak o typowo ciepłych tonach. Na bardziej opalonej skórze będzie wyglądał bardzo naturalnie. Generalnie pomadka na piątkę z plusem, kolor też jest super, zwłaszcza na lato. Kosztuje nieco ponad 60zł.

Kolejny naprawdę udany produkt to cień w sztyfcie High Performance. Znów typ produktu, po który często sięgam. Cienie w kredkach, w sztyfcie czy w kremie fajnie się sprawdzają do szybkich dziennych makijaży, bo nie trzeba już chwytać za pędzelki (ja po prostu rozcieram je palcem). Sztyft Artdeco ma wszystkie te cechy, które lubię: jest miękki jak masełko i idealnie sunie po skórze, a jednocześnie zastyga po chwili i jest praktycznie nie do zdarcia. Woda też go nie rusza. Do wyboru są dwa odcienie, ja mam ciemniejszy Antique Bronze w kolorze złotego, jaśniejszego brązu. Uwielbiam takie odcienie! Cień cenowo wychodzi za około 50zł.



Równie dobry okazał się dwukolorowy puder brązujący Bronzing Powder Compact i w ostatnim czasie używałam go bardzo często. Ma plus za ładny, ciepły ale nie pomarańczowy odcień. Dwa kolory w jednym opakowaniu okazały się trafionym rozwiązaniem, bo można dowolnie je miksować w szybki sposób uzyskując jaśniejszy bądź ciemniejszy kolor. Ciemniejsza część jest w sam raz na lato, ale zimą wystarczy zmieszać ją z jaśniejszym kolorem przy pomocy jednego maźnięcia pędzlem żeby odcień był w sam raz :). W brązerze można dopatrzeć się niewielkich drobinek, które jednak są bardzo subtelne i nie robią efektu kuli dyskotekowej. Jeśli jednak szukacie czegoś absolutnie matowego to warto mieć to na uwadze! Pozytywnie wypadł pod względem trwałości i aplikacji, ma przyjemną aksamitną formułę. W przypadku pudru brązującego również pojawiły się dwa warianty (ja mam jaśniejszą), w cenie około 90zł. Opakowanie jest już z lusterkiem.


Moim zdaniem to bardzo udana kolekcja w ładnych, ciepłych odcieniach. Właściwie do żadnego z tych trzech kosmetyków nie mogę się przyczepić, każdy wypadł w testach na mocną piątkę! Jeśli coś Was skusiło to szukajcie w Douglasach, kolekcja jest też na sklepie internetowym.




niedziela, 21 sierpnia 2016

🌟 MANICURE HYBRYDOWY: Tęczowe ombre z efektem syrenki 🌟

Od dłuższego czasu non stop sięgam po efekt syrenki, który nadal mi się nie nudzi, choć nie jest już żadną nowością. Za każdym razem wygląda trochę inaczej (w zależności od lakieru bazowego) dzięki czemu paznokcie tak szybko mi się nie nudzą. Tym razem nałożyłam go na różnokolorowe hybrydowe ombre i taki efekt bardzo mi się podobał :).

Do wykonania tego mani użyłam przeróżnych lakierów hybrydowych, przede wszystkim Semilaca: Mardi Gras, Classic Coral, Intensive Pink, Bluberry Kiss. Wykorzystałam też chińską hybrydę z Aliexpress marki Candy Lover, w odcieniu błękitu - ma troszkę krótszą trwałość niż hybrydy z Semilaca, Mollona czy NeoNail, ale wygląda i odmacza się równie dobrze. Z kolei bardzo zawiodła mnie hybryda Lacco (SunnyNails), w kolorze żółtym, która okazała się zwykłym żelem!



Efekt syrenki oczywiście marki Indigo, moim zdaniem najpiękniejszy <3. Teraz testuję Multi Chrome i Holo Effect, też boskie!



środa, 17 sierpnia 2016

POMADKA MIESIĄCA: Golden Rose Liquid Matte 08

Pomadką, po którą często sięgałam w ostatnim miesiącu była Liquid Matte 08 od Golden Rose z popularnej serii matowych pomadek w płynie. Kiedy Liquid Matte pojawiły się w sprzedaży był na nie prawdziwy szał i większość kolorów wiecznie była wyprzedana (nie wspominając już o słynnej 10!). Uwielbiam mat na ustach, więc skusiłam się na dwa kolory - intensywny róż 08 z dzisiejszego wpisu i wspomnianą rozchwytywaną 10 w nietypowym, mocno zgaszonym kolorze.

Pomadki okazały się naprawdę fajne, bardzo dobrze kryjące i dające prawdziwie matowy efekt. Odcień 08 okazał się idealny na lato, świetnie komponujący się z opaloną cerą, choć i przy jasnej karnacji wygląda super. Jest niezwykle intensywny, prawie neonowy!


Bardzo lubię takie żarówiaste odcienie różu na ustach, więc z numerkiem 08 od razu się polubiłam. To naprawdę mocny kolor, jak wspomniałam, podchodzi nawet nieco pod neon. Jest to zdecydowanie ciepły odcień różu.

To jedna z lepszych płynnych matowych pomadek jakie mam, ale nie pozbawiona wad. Przede wszystkim muszę pochwalić formułę - produkt ma przyjemną konsystencję, zastyga do mocnego matu, ale jest w niewielkim stopniu lepki na ustach (nie tak zupełnie suchy jak wiele podobnych szminek) dzięki czemu bardziej komfortowy w noszeniu i nie tak wysuszający usta. Trwałość też jest super o ile nie jemy nic bardziej konkretnego. Szczególnie w kontakcie z czymś tłustym pomadka zaczyna wyglądać gorzej, a drobne poprawki są problematyczne. Czasem lepiej pomadkę po prostu zmyć i nałożyć na nowo, bo dokładanie kolejnej warstwy może sprawić, że kosmetyku będzie zbyt dużo i w efekcie będzie wyglądał nieestetyczne. 



Największym minusem tego odcienia jest jednak fakt, że lubi trochę smużyć i mimo ogólnie bardzo dobrej pigmentacji, zdarza mu się robić niewielkie prześwity. Jest jednak do okiełznania i w ogólnym rozrachunku nie przeszkadza mi to bardzo - kolor, wykończenie i trwałość są super, więc ten jeden minus jestem w stanie przeboleć. Zauważyłam, że numerek 10 jest pod względem aplikacji dużo lepszy, więc musi być to kwestia odcienia.

Liquid Matte mają gąbeczkowe aplikatory, które są całkiem ok. Uwielbiam je też za świetny, waniliowy zapach <3!



Pomadki mają ładne odcienie i są na tyle fajne, że planuję skusić się jeszcze na dwa kolory, ale to już jesienią ;). Cena też jest w miarę dobra, bo kosztują około 20zł. Używałyście popularnych Liquid Matte? Co o nich sądzicie?