niedziela, 15 lipca 2018

Przegląd zapachów od AVON | część II

Dziś pod lupę biorę może nie najniższą, ale zapewne jedną z niższych półek cenowych w kategorii zapachów - przez niektórych lubiany, przez innych znienawidzony Avon. Mimo, że w perfumach celuję raczej w górnopółkowce, a już niestety najbardziej przemawia do mnie najdroższa nisza, to mam w swojej kolekcji trochę bardzo tanich zapachów, które nie są może wybitne, ale lubię po nie sięgać na co dzień. Szczególnie latem lubię różne nieskomplikowane perfumy. Avon ma w swojej ofercie naprawdę sporo zapachów do wyboru, jedne bardziej udane, inne trochę mniej, ale już nie raz przekonałam się, że można trafić na coś ciekawego, choć przyznaję, że w kwestii katalogowych perfum jednak bardziej przemawia do mnie Oriflame. Trzy lata temu na blogu opublikowałam wpis z przeglądem zapachów od Avon - tych bardziej i mniej popularnych (tu macie link do tamtego wpisu). Dziś mała powtórka z rozrywki: kilka zapachów nowszych, kilka starszych i bardziej znanych. Jestem bardzo ciekawa czy znajdą się osoby, które znają te zapachy!


LUCK | Jeden z bardziej popularnych zapachów Avonu o uroczej buteleczce. Wodą Luck zainteresowała mnie kiedyś Turkusoowa, która opisała je jako szarlotkowy, smakowity zapach i powiem Wam, że coś w tym jest! Luck nie pachnie stricte jak szarlotka, ale ma w sobie coś słodkiego, ciepłego i nieco jabłkowego. To taki przyjemny, bezpieczny wybór, lekko owocowy, dobry na co dzień i chyba na każdą porę roku (może z wyjątkiem upalnego lata). Nie jest to nic oryginalnego, ale podoba mi się. Nuty w Luck to czerwone jagody (których ja nie umiem wyczuć), drzewo sandałowe, które zapewne nadaje kremowości i białe kwiaty.


FAR AWAY GOLD | Z rodziną Far Away zawsze miałam problem - z jednej strony oscylują one gdzieś w okolicach moich zapachowych upodobań (słodkie, waniliowe, orientalne), ale z drugiej strony mają w sobie coś syntetycznego, migrenogennego i duszącego co sprawia, że zawsze obawiam się je kupić. Far Away Gold to jednak prawdziwe zaskoczenie! Flanker wypada moim zdaniem dużo lepiej niż oryginał Far Away i powiem z ręką na sercu: gdybym powąchała je z zawiązanymi oczami to nie uwierzyłam w życiu, że to Avon :). Wersja Gold to piękny, otulający, słodki zapach. Pachnie głównie wanilią i ylang ylang. Naprawdę mogłabym dać się nabrać, że to coś z wyższej półki (myślę, że Far Away Gold mogą spodobać się fankom Shalimara, Lou Lou czy Samsary). Boję się trochę czy nie będą męczące na dłuższą metę, ale o tym dopiero się przekonam, bo planuję kupić je na jesień.


LITTLE BLACK DRESS | Kompletnie nie rozumiem fenomenu Little Black Dress. Podchodziłam do tego zapachu kilkukrotnie i za każdym razem zupełnie mi się nie podobał. Nuty zapachowe wskazują, że powinniśmy się polubić: śliwka, którą uwielbiam w perfumach, ukochana gardenia, jaśmin, ylang ylang... każdą z tych nut naprawdę uwielbiam, ale nie w Little Black Dress. Nie pamiętam ile przerobiłam próbek tego zapachu, myślałam że może trzeba do nich "dojrzeć", ale nic z tych rzeczy. Dla mnie to jeden z większych koszmarków perfumeryjnych, zawsze pachniał mi bardzo tanio, bazarowo i nijako. Czuję w nim głównie mieszankę białych kwiatów i nut niepodobnych do niczego (coś a la moja znienawidzona mieszanka zapachów unosząca się nad stoiskiem z odlewkami podrób perfum). Ciekawa jestem czy są tu jakieś zwolenniczki LBD - ja nie umiem się do nich przekonać ;).


ALPHA | Kolejny z zapachów Avon, który odbieram jako taki bardzo bezpieczny wybór, trochę też nijaki, choć niebrzydki. Najmocniej wybija się w nim nuta malin, ale nie spodziewajcie się totalnie owocowego, letniego zapachu. To taka słodko-kwaskowa kompozycja, ale z nutami drewna i kwiatów, które sprawiają że zapach jest trochę poważniejszy (malina w roli pierwszoplanowej mogłaby sprawiać wrażenie takiego mocno "nastolatkowego" zapachu). Moim zdaniem propozycja typowo na co dzień, bezpieczna, ale też bez polotu.


LITTLE LACE DRESS | Jak przystało na antyfankę Little Black Dress, pozostałe zapachy z gamy też nie trafiają w mój gust. Little Lace Dress odbieram jednak jako nieco przyjemniejszy od oryginału, choć nadal to nie to i z pewnością nie skusiłabym się na zakup. To paczulowa kompozycja, słodka, moim zdaniem dusząca i mało ciekawa. To znów ten typ zapachu, który przypomina mi niezidentyfikowaną mieszanką różnych perfum.

LILY SOFT MUSK | Dość nowy zapach, w Avonie pojawił się niedawno, tuż obok Silky Soft Musk (który swoją drogą całkiem mi się podoba). Lily Soft Musk pachną bardzo przyjemnie i już od jakiegoś czasu skłaniam się do zakupu, myślę że w końcu się zdecyduję. To lekka kompozycja, w której czuję przede wszystkim białe kwiaty, lilię, frezję i konwalię, ale nie jest to taki ciężkawy, duszący mix jaki często się zdarza w przypadku perfum pachnących białymi kwiatami. Lily Soft Musk są jakby lżejsze, delikatniejsze i znów niewybitne, ale przyjemne. Jeśli lubicie typowo kwiatowe perfumy to może Wam przypaść do gustu.



RARE PEARLS | To z kolei zapach, który pachnie dla mnie jak kwintesencja perfum o zapachu białych kwiatów. Rare Pearls są dostojne, eleganckie i zupełnie inne od poprzednika (Lily Soft Musk). Oceniam je bardzo dobrze, ale wydaje mi się, że mogą też przyprawiać o ból głowy, dlatego choć ładne to zawsze obawiałam się zaryzykować. To oczywiście typowo kwiatowy zapach, ale z przyjemną nutą miodu. Rare Pearls pachnie czysto, kremowo, delikatnie i trochę retro. Mimo, że to niedrogi zapach to kojarzy mi się z luksusem, perłami, bielą i starym Hollywood. Przywodzą mi na myśl Pure Poison od Diora.


SCENT ESSENCE WILD POPPY | W Avonie znajdziemy kilka lekkich wód toaletowych z serii Scent Essence - część z nich już nie ma w sprzedaży, ale często jeśli nawet nie znajdziemy zapachu w katalogu to można dostać go choćby na allegro. Wild Poppy to wariacja na temat maków - z dodatkiem bergamotki i cedru. Choć pojawia się makowa nuta to mimo wszystko zapach jest z kategorii zupełnie nijakich pachnideł, słodko-owocowych, nieco pudrowych. Raczej nie ma sensu zawracać nim sobie głowy.


SCENT ESSENCE PASSION FRUIT | Jeden z moich ulubionych zapachów Avonu <3. Od razu uprzedzam, że nie jest to nic wybitnego czy skomplikowanego - to bardzo prosty, prawie jednoskładnikowy zapach! Jednak w moim odczuciu bardzo apetyczny i jak to mówię "escadowy", bo przypomina mi letnie limitowane perfumy z Escady. Pachnie marakują, jest owocowy, egzotyczny i tym samym idealny na lato. Bardzo lubię tę wodę i polecam jeśli jesteście fankami takich słodkich i typowo owocowych zapachów (a szczególnie jeśli lubicie nuty takie jak marakuja czy mango). Do tego ekstremalnie tani (można go kupić za 10-15zł).


INCANDESSENCE GLOW | Tym razem sprawdziłam nie klasyczne Incandessence, ale wersję Glow w niebieskim flakonie. Swoją drogą buteleczka wygląda oryginalnie, podoba mi się ten kształt, choć nasuwa skojarzenia z jabłuszkami od DKNY ;). Glow pachnie magnolią, różą i zielonym jabłuszkiem. Jest to zapach przede wszystkim kwiatowy, ale też nieco wodny i jednocześnie słodki. To kolejna propozycja z gatunku grzecznych, ale trzeba również przyznać, że jest przyjemna i będzie dobra na co dzień. Nie skuszę się, ale może się spodobać.


IMARI ELIXIR | Ta wersja Imari to dla mnie wielki zawód. Powąchałam Imari Elixir po raz pierwszy na pachnącej stronie w katalogu i ... oczarował mnie! Połączenie moich ukochanych nut: wanilii, róży i jeżyny brzmiało i pachniało idealnie. Taki jeżynowo-waniliowy zapach z dodatkiem róży, cudo. Niestety kiedy je kupiłam cały czar prysł. Nie mam pojęcia dlaczego zapach wydawał się taki ładny na pachnącej kartce, bo w buteleczce to dla mnie zupełnie inna bajka. Jest słodki, nieco ciężki, ale nie umiem wyczuć w nim tej dominującej jeżyny z wanilią... znów pachnie mi słodkim, nijakim mixem wszystkiego i niczego i czuję się w nim jak przysłowiowa "ciocia klocia" ;). Dam im jeszcze jedną szansę, ale póki co nie wróżę im dłuższej znajomości!


wtorek, 10 lipca 2018

TUTORIAL: Egzotyczne smokey z kreską

Już dawno na blogu nie było żadnego makijażu, więc dziś nadrobię trochę zaległości z tutorialem do makeupu, który jakiś czas temu mogliście zobaczyć na moim instagramie. Miało być mocno i egzotycznie, dlatego padło na wyraziste smoky eyes z opalizującą kreską, a do tego ciemne, jagodowe usta. Skóra niezmatowiona, o lekko mokrym połysku. Tym razem makijaż wykonałam na modelce - mojej siostrze :). 


1. Na twarz modelki nakładam lekki, półtransparentny podkład i korektor pod oczy. Do aplikacji używam beauty blendera.
2. Górne powieki pokrywam czarną kredką do oczu, która zadziała jak baza - podbije intensywność czarnego cienia.
3. Obszar nad załamaniem górnej powieki modeluję przy pomocy burgundowego matowego cienia.
4. Następnie całą ruchomą powiekę przykrywam czarnym, matowym cieniem o mocnej pigmentacji i łączę go z wcześniej nałożonym cieniem bordowym.
5. Przechodzę do powieki dolnej: nakładam cienie w fioletowej tonacji, przy zewnętrznym kąciku łącząc je z czernią. Od razu je rozblendowuję przy użyciu miękkiego pędzelka. Na powiece górnej rysuję kreskę stosując jasny, opalizujący eyeliner.
6. Linię wodną oka maluję czarną kredką. Tuszuję rzęsy i podkreślam brwi modelki.
7. Skupiam się na wykończeniu cery - dodaję róż oraz bronzer i rozświetlacz.
8. Usta podkreślam ciemną, jagodową pomadką.

Ciemne cienie w fioletowo-bordowej tonacji ładnie podkreślają ciekawą, zielonkawą tęczówkę :).







piątek, 6 lipca 2018

PIELĘGNACJA OD D'ALCHEMY

Jeśli lubicie naturalne kosmetyki i uważnie czytacie składy to musicie poznać markę d'Alchemy, zajmującą się produkcją naturalnej, ale też nowoczesnej pielęgnacji. Kosmetyki od d'Alchemy bazują na roślinnych hydrolatach co jest akurat bardzo fajne, bo jak wiecie wiele kremów czy toników ma w swoim składzie wysoko wodę. Gdy ją zastąpić hydrolatem produkt z miejsca będzie posiadał więcej substancji aktywnych, a o to nam przecież właśnie chodzi :). 

Kosmetyki d'Alchemy z początku zwróciły moją uwagę bardzo przyjemnymi zapachami (i fajnymi słoiczkami!). Jak się okazuje marka stawia na aromaterapię i dodaje do swoich produktów olejki eteryczne, które osobiście uwielbiam. Oczywiście oznacza to również, że nie każdemu przypadną do gustu, bo mogą to być również aromaty ziołowe, specyficzne. Na pewno warto również dodać, że w kosmetykach tej marki nie znajdziemy takich składników jak: formaldehyd, parafina, lanolina, parabeny, silikony, slsy i slesy, PEG/PPG, syntetyczne zapachy, barwniki czy konserwanty.


 3.08 AGE CANCELLATION BOOSTER | Lotion to cery tłustej i mieszanej o działaniu przeciwzmarszczkowym. To bardzo fajny produkt, który od razu przypadł mi do gustu i który stosuję już od kilku miesięcy (aczkolwiek nie codziennie, bo na zmianę z innym kremem). Lotion ma formułę szybko wchłaniającego się kremu, nadaje się zarówno na dzień jak i na noc. Jest jednocześnie bogaty, ładnie nawilża skórę, ale też lekki i niepozostawiający tłustego filmu. Działa również łagodząco, kojąco na cerę. Pachnie pięknie, cytrusami! To zdecydowanie najlepszy produkt z wypróbowanego przeze mnie trio od d'Alchemy. Bardzo go lubię i polecam jeśli celujecie w pielęgnację dającą porządną dawką nawilżenia, ale jednocześnie bardzo lekką i pozostawiającą skórę satynowo-matową. | 160zł/50ml

2.06 INTENSE SKIN REPAIR OIL | Preparat o działaniu wielofunkcyjnym, olejek intensywnie regenerujący. Bazuje na czystym olejku różanym, ale zawiera także nienasycone kwasy tłuszczowe, olej monoi oraz aganowy, ekstrakty z żurawiny, rokitnika i guarany (o działaniu antyoksydacyjnym). Skład jest bardzo bogaty, więc nie będę go nawet przytaczać, ale na stronie marki możecie sprawdzić sobie wszystkie składy (od razu z odnośnikami do opisu substancji co jest bardzo pomocne). Olejek można oczywiście zastosować solo, ale czemu by nie wzbogacać nim kremów i emulsji, zwłaszcza jeśli jego skład jest tak bogaty. Preparat mimo, że w formie olejkowej nie jest bardzo tłusty, ale ja stosuję go tylko na noc. Świetnie się sprawdza jeśli moja skóra jest przesuszona i potrzebuje na noc czegoś co ją nawilży, natłuści i zregeneruje. Produkt ma ziołowy zapach. | 190zł/30ml

7.02 MICELLAR CLEANSING WATER | Płyn micelarny do demakijażu oparty na wodzie różanej. Z wypróbowanej trójki ten produkt polubiłam najmniej, chociaż nie jest zły... jednak większej miłości nie było i wiem, że nie wróciłabym do niego ponownie. Zdecydowanie bardziej przypadł mi do gustu lotion, a zaraz za nim olejek. Micel najbardziej nie podszedł mi ze względu na formę aplikacji tj. buteleczkę z "psikadłem". Ja akurat płyny micelarne lubię dozować sobie bardzo hojnie wylewając na płatek kosmetyczny tyle, aż będzie całkiem mokry. Z tym płynem jest to ciężkie, a ja nie znoszę tarcia półsuchym wacikiem po skórze ;). Sam produkt generalnie wydawał się jednak w porządku, nawilżający i bardzo łagodny dla skóry. | 119zł/100ml


Jeśli będziecie mieli kiedyś okazję wypróbować to polecam - szczególnie Age Concellation Booster. Ten produkt zrobił na mnie największe wrażenie, ale muszę przyznać, że każdy z kosmetyków, cała filozofia marki, naturalne składy jak i fajne opakowania bardzo do mnie trafiają. Jeśli wypróbowaliście coś z d'Alchemy to dajcie znać jakie są wasze odczucia :).





niedziela, 1 lipca 2018

♥ NOWOŚCI MAKEUP REVOLUTION ♥ | Nudes Chocolate, Mermaid & Dragon Lips

Kto już widział, a może wypróbował nowości od  Revolution? Do oferty marki weszło w ostatnim czasie sporo nowych produktów, którym ciężko się oprzeć, bo jak zawsze kuszą uroczymi opakowaniami. Cała seria jest w fajnym, letnim klimacie i pojawia się też trochę odważnych kolorów. Wśród nowości znalazły się trzy mini serie pomadek i cieni: Mermaid, Dragon i Unicorn, ale też sporo produktów do twarzy i nowe czekoladowe palety (a jak wiecie jestem ich wielką fanką!). Dziś pokażę Wam je tylko ogólnie, bo nowości jest naprawdę sporo.


CHOCOLATE PALETTES | Do czekoladowej rodziny dołączyły kolejne paletki, również w wersji mini. Nową dużą paletą jest Nudes Chocolate - przepiękna paleta idealna do dziennych makijaży, której muszę poświęcić wkrótce osobny post. Są też dwie mniejsze czekoladki: Rose Gold mini oraz Nudes Mini Chocolate. Obydwie to kompozycje w odcieniach brązów. Moim zdaniem to bardzo fajny pomysł ze zminiaturyzowaniem czekoladowych palet. Zawsze bardzo je lubiłam, ale są dla mnie z duże aby zabierać ja na wyjazdy. Mini Chocolate będą idealne!


MYSTICAL MERMAIDS LIPSTICK | Jak wspomniałam wśród nowości pojawiły się trzy serie: Unicorn, Dragon i  Mermaid. W każdej z nich znajdziemy oryginalnie wytłoczone pomadki <3. Wiem, że to tylko drobny detal, ale powiem Wam, że odkąd tylko je zobaczyłam to miałam na nie wielką ochotę. Wzór rybiej łuski albo smoczej skóry na pomadkach... zawsze chciałam mieć coś takiego! W smoczej serii mamy czerwienie, w jednorożcowej i syrenkowej to głównie transparentne, opalizujące odcienie z drobinkami. Wszystkie są w letnim, festiwalowym klimacie.


GLOW HEARTS | Aaaa nowe serduszkowe rozświetlacze! Tych uroczych serduszek nigdy dość. Trzy nowe warianty: Lightening, Radiance oraz ciemniejszy złocisty Hidden. Zaskoczyło mnie, że w jaśniejszych wersjach pojawiły się drobinki, ale nie obawiajcie się brzydkiego efektu - to połączenie tafli z drobinkami, które mi osobiście od razu przypadło do gustu.


METALLIC LIPS | Jest również coś dla fanek odważnych kolorów na ustach: metaliczne pomadki z serii Mermaid, Dragon i Unicorn. Kolory naprawdę fajne (jest nawet ciemny niebieski), a najlepsze że wszystkie pomadki są zastygające. Po teście na ręce wydają się bardzo trwałe, ale nie wypróbowałam ich jeszcze porządnie na ustach.

DRAGONS HEART & MERMAIDS HEART | W każdej z podserii pojawiła się także paleta cieni. U mnie na zdjęciu widzicie wersję Dragon oraz Mermaid. Szczególnie wariant Dragon przypadł mi do gustu - piękna kolorystyka, a złoto w tej palecie jest super mocne i kremowe. Paletki są niedużych rozmiarów i mają kartonowe opakowania na magnes. Cienie wydają się również całkiem fajne, przyjemnie napigmentowane i niepylące.


FIXING SPRAY | W fixerach z Revolution nigdy nie lubiłam jednego - zapachu. Marka chyba postanowiła nad tym popracować i wprowadziła różne warianty zapachowe nowych mgiełek utrwalających. Mam dwie wersje: słodką Vanilla Bean & Coconut oraz bardziej świeżą Cucumber. W ofercie można znaleźć także takie zapachy jak: Guava & Rose i Green Tea. Raczej nie są to mocno utrwalające fixery, a bardziej lekkie mgiełki. Przynajmniej takie odczucia mam po pierwszych testach.


To oczywiście nie wszystkie z nowości! Revolution wprowadziło również dwie palety brązerów i rozświetlaczy i wielokolorowe kredki, które pokażę Wam z bliska innym razem. Dajcie znać co zaciekawiło Was najbardziej i czy już wypróbowaliście coś z tych nowości. Jeśli coś wpadło Wam oko to najlepiej standardowo będzie szukać nowych produktów w drogeriach internetowych.

wtorek, 26 czerwca 2018

KOREAŃSKIE MASKI W PŁACHCIE | Test maseczek MIZON i MISSHA

   Po przerwie urlopowej wracam do Was z testem maseczek w płachcie, które ostatnio sprawdziłam. Tego typu maski cieszą się ostatnio ogromną popularnością, co bardzo mnie cieszy, bo dzięki temu mamy dostęp do naprawdę sporego wyboru masek. Moje początki z "płachtami" nie były zbyt udane (trafiłam akurat na jakąś niezbyt fajną maskę), ale w ostatnich miesiącach testowałam wiele różnych marek i muszę przyznać, że bardzo je polubiłam. Od razu dodam, że najbardziej odpowiadają mi koreańskie maseczki. Parę razy próbowałam innych masek, np. od polskich producentów i akurat w tym przypadku nie sprawdzały się tak dobrze.

   Ostatnio wypróbowałam kilka masek od Mizon i Missha. Maski w płachcie lubię nie tylko za świetne działanie, ale również za wygodę użytkowania... nie trzeba ich zmywać <3. Często nakładam takie maski po prostu przed snem - trzymam mniej więcej kwadrans lub pół godziny, po czym ściągam maskę i mogę kłaść się spać bez konieczności wizyty w łazience. A rano mogę cieszyć się ładnie nawilżoną skórą (o ile oczywiście maska była dobra ;)).



Z tej czwórki wypróbowanych masek tak naprawdę każda była dobra i warta polecenia. Po każdej z nich cera była nawilżona i wygładzona. Najbardziej byłam ciekawa maseczki Herb in Nude od Missha, ale najlepszą maską okazała się Joyful Time od Mizon - świetnie wygładza i nawilża skórę, a do tego pięknie pachnie różami <3. Lekko ściąga pory, nie jest to jakiś porażający efekt, ale uważam to za dodatkowy plus. Tę maskę polecam Wam najbardziej. Wszystkie maski kupiłam na https://www.iperfumy.pl/. Kosztują około 9-10zł. Maseczki Missha znajdziecie tutaj, a Mizon o tu.

MISSHA PURE SOURCE ACAI BERRY (działanie rewitalizujące)

MISSHA PURE SOURCE LOTUS FLOWER (nawilżająco-łagodząca)

MISSHA HERB IN NUDE (nadaje skórze blasku i witalności)

MIZON JOYFUL TIME (nawilżająca i zmniejszająca pory)



Jakie maski w płachcie polecacie najbardziej? Ja mam jeszcze w zanadrzu do wypróbowania nowe maski Bielendy, maski A'pieu z Rossmanna i od Tony Moly. Na pewno skuszę się jeszcze nie raz na Mizon <3.

środa, 13 czerwca 2018

NAJLEPSZY FILTR NA LATO? | ANTHELIOS XL

Już niebawem lato, a więc ostatni dzwonek na pomyślenie o ochronie przeciwsłonecznej. W tym roku wiosna jest tak upalna, że kremy z filtrem wyciągałam już w kwietniu, ale brakowało mi dobrego i lekkiego kremu, który mogłabym stosować pod makijaż przy mojej mieszanej skórze. Tym razem wypróbowałam Anthelios XL SPF 50 od La Roche-Posay i nie pożałowałam, bo okazał się świetny. 

W poprzednich latach używałam najczęściej Vichy Ideal Soleil (również 50 SPF) i byłam z niego bardzo zadowolona, ale chciałam po prostu zmienić filtr, tak dla odmiany. Zależało mi, aby koniecznie była to najwyższa ochrona przeciwsłoneczna, ale także żeby krem był lekki i nietłusty, bo latem moja cera niestety mocno się błyszczy. Kupiłam więc polecany matujący krem 50 SPF z naszej polskiej Ziaji. Powiem Wam, że Ziaję generalnie lubię, ale ten filtr kompletnie się u mnie nie sprawdził, nie widziałam zupełnie matującego działania... Może nie jest to najbardziej ciężki i tłusty filtr na świecie, ale na pewno nie zaliczyłabym go do lekkich kremów. Pod makijaż okazał się klapą, więc stwierdziłam, że pora na Anthelios, który miałam kiedyś w postaci próbki i fajnie się zapowiadał.


Anthelios to cała linia pielęgnacji słonecznej od La Roche-Posay. Ja potrzebowałam wysokiego filtra do twarzy, więc wzięłam wersję bezzapachową Anthelios XL Anti-shine o działaniu matującym. Tubka ma 50ml i przypuszczam, że wystarczy mi na całe lato, ale dodam że nigdy nie używam filtrów w "przepisowej" ilości iluś tam pompek, bo moja skóra na pewno nie zdzierżyłaby takiej ilości ;). Krem ma biały kolor, ale nie bieli i nie pachnie. Początkowo może wydawać się, że wcale nie jest to produkt matujący, konsystencja jest dość gęsta i nie sprawia wrażenia jakiegoś super lekkiego kosmetyku. Jednak po chwili zastyga na skórze pozostawiając satynowo-matowy, zupełnie nietłusty film.

Także polecam - myślę, że właścicielki skóry tłustej i mieszanej będą z niego zadowolone. W porównaniu do Vichy moim zdaniem wypada podobnie. Obydwa filtry są lekkie i nie obciążają skóry. Nie mają działania jakoś intensywnie i dodatkowo matującego, ale też nie pozostawiają wyczuwalnego filmu, który powodowałby szybsze przetłuszczanie się skóry.



Myślę, że większość z Was pewnie dobrze zna Anthelios XL - to bardzo popularny produkt w swojej kategorii. A może interesowałoby Was porównanie różnych filtrów do twarzy?

Anthelios XL dostaniecie w granicach 60zł, oczywiście w aptekach, ale też online na www.iperfumy.pl (tutaj macie link do niego -> Anthelios XL Anti-Shine).