piątek, 24 czerwca 2016

POMADKA MIESIĄCA | L'Oreal Color Riche OUHLALA

Hej! Pomadką, po którą sięgałam najczęściej w ciągu ostatniego miesiąca była z pewnością piękna, matowa Ouhlala 144 z serii Color Riche od L'Oreal. To zdecydowanie jedna z moich ulubionych pomadek w kolorze różowym!

Cała seria Color Riche zasługuje na uwagę, zarówno matowe, kremowe jak i połyskujące pomadki świetnie się noszą i mają bardzo ładne odcienie. Najmocniej napigmentowane są szminki matowe. Wszystkie są bardzo dobre jakościowo, mają klasyczne opakowania i przyjemnie pachną.


Ouhlala to świetny, czysty odcień różu. Nie jest to typ ciemniejszego fuksjowego różu, ten jest bardziej w stylu 'barbie pink'. Jest po prostu pośredni, nie ciemny i nie pastelowy. Uwielbiam intensywnie różowe usta, więc pomadka sprawdza się u mnie świetnie zimą jak i latem. Zresztą taki odcień pasuje do jasnej jak i bardziej opalonej cery.

Pomadka jest z serii matowej, ale nie daje 100% matu. Jest delikatnie satynowa, jak większość matowych szminek. Na zdjęciach zawsze matowe pomadki wychodzą na bardziej błyszczące, dlatego czasem piszecie mi, że to żaden mat, ale prawda jest taka, że mocne oświetlenie wyciąga błysk dodatkowo - także na żywo matowy efekt będzie mocniejszy.



Mimo matowego wykończenia pomadka jest kremowa i bardzo dobrze się rozprowadza, a także nie wysusza ust. Podsumowując to bardzo dobra pomadka, nie dopatrzyłam się w niej wad :).



Z matowych pomadek Color Riche bardzo polecam też klasyczną czerwień Cocorico! Ma piękny odcień czerwieni i świetnie wygląda na ustach.


środa, 22 czerwca 2016

TEST: Nowe tusze do rzęs REVLON

Dziś test tuszy do rzęs marki Revlon, które pojawiły się niedawno w sprzedaży. Tusze mają nieskomplikowane nazwy, tak aby wybór tuszu dostosowanego do potrzeb naszych rzęs był maksymalnie ułatwiony. Dlatego pojawiła się maskara pogrubiająca, wydłużająca, pogrubiająco-wydłużająca, mocno podkreślająca rzęsy, a także wersja all-in-one łącząca cechy wszystkich wariantów. A jak to wygląda w praktyce? Możecie przekonać się na zdjęciach :)!


Sprawdziłam wersję all-in-one, super lenght i volume+lenght. Tusze mają fajne, proste opakowania i faktycznie proste nazwy. Pomysł na plus, bo pewnie wiele osób nie wie jaki tusz wybrać kiedy widzi natłok nazw w stylu 'ultra big extreme extra 3d'. Nie wiadomo jaki efekt właściwie tusz ma gwarantować, a niektóre maskary mają naprawdę przedziwne nazwy.

Tusze Revlon wahają się cenowo między 50 a 60zł. Nie rozmazują się i ładnie zmywają nie pozostawiając "pandy" (schodzą w postaci kawałeczków, nie rozpuszczają się jak farba).


ULTIMATE ALL-IN-ONE | Pierwszą pod lupę weźmy sobie maskarę all-in-one, czyli tę mającą spełniać wszystkie rzęsowe oczekiwania (czerwona nakrętka). Tusz ma wydłużać, pogrubiać, unosić, rozdzielać i nadawać rzęsom intensywnie czarny kolor.

Plusy: Fajna szczoteczka, która jest bardzo malutka, ale dzięki temu bezproblemowo można wytuszować dolne rzęsy i dosięgnąć małe rzęsy przy wewnętrznych kącikach. Czerń jest mocna, efekt dość intensywny. Lekko podkręca, faktycznie wydłuża i pogrubia.

Minusy: Skleja rzęsy, bardzo, co możecie zobaczyć na zdjęciu.


SUPER LENGHT | Wydłużająca wersja (zielona nakrętka) z mikro włókienkami, dzięki którym ma maksymalnie wydłużać rzęsy.

Plusy: Fajna, klasyczna szczoteczka z węższą końcówką, którą można dotrzeć do krótszych rzęs. Nie skleja i jak obiecuje producent - wydłuża.

Minusy: Efekt jest dla mnie trochę zbyt delikatny. Mikrowłokienka są, ale jest ich zbyt mało - nie zostają raczej na rzęsach (zobaczyłam kilka dopiero kiedy przejechałam szczoteczką po kartce).


VOLUME + LENGHT MAGNIFIED | Ma wydłużać i pogrubiać (to wersja z niebieską nakrętką). Zawiera czarne, lśniące włókna, które mają zarówno wydłużać jak i pogrubiać.

Plusy: Wypada w moim odczuciu najlepiej z tych trzech wariantów. Wydłuża, nie skleja, ładnie podkreśla rzęsy.

Minusy: Trochę słabo pogrubia. Podobnie jak w przypadku poprzedniej wersji, włókienek jest zbyt mało i niespecjalnie zostają na rzęsach.


Najmocniej przypadła mi do gustu wersja wydłużająco-pogrubiająca, a o dziwo najmniej all-in-one. Generalnie tusze średniaki - nie pobijają moich ulubieńców w tej kategorii.


wtorek, 21 czerwca 2016

LETNIE NOWOŚCI: Intimate Box, Kryolan, Andrea, Freedom, Eos, Artdeco

W ciągu dłuższego czasu nazbierała mi się cała masa ciekawych nowości, a że byłam trochę zabiegana to nie miałam czasu pokazywać Wam ich na bieżąco. Większość z kosmetyków zdążyłam już wypróbować, więc zapraszam Was na ten miks mini recenzji i różnych kosmetycznych nowinek!

Pierwszą z nich jest nowy, wakacyjny zapach Oriflame - Amazing Paradise. Lubię letnie limitowane wody toaletowe, często można trafić na bardzo orzeźwiające, egzotyczne kompozycje. Amazing Paradise mam dopiero od kilku dni, więc muszę dać mu jeszcze trochę czasu, ale zapowiada się świetnie, idealnie na lato.


Ostatnio przyleciało też do mnie zamówienie z Kosmetykomania, a w nim słynny fixer i baza pod cienie Kryolan, pomada do brwi Freedom, paletka Flawless Matte od Makeup Revolution i śliczna fioletowa hybryda Semilac w odcieniu Blueberry Kiss.

Baza z Kryolanu zapowiada się super, jest bardzo kremowa i po pierwszych testach wypadła dobrze pod względem trwałości. Paletki MUR uwielbiam, więc wiedziałam czego się spodziewać. Flawless Matte to taka idealna paleta cieni bazowych, same maty które fajnie można łączyć z bardziej oryginalnymi kolorami. Jakościowo naprawdę spoko, cienie są miękkie, aksamitne i nieźle napigmentowane. 


Niespodzianka od L'Oreal czyli zestaw makijażowy z tegorocznego festiwalu w Cannes. A w nim puder brązujący Glam Bronze, tusz Volume Million Lashes, który bardzo lubię, Super Liner, Brow Artist Plumper (bezbarwna mascara do brwi) i cudowna pomadka Ouhlala. Jeśli lubicie intensywne róże na ustach to sprawdźcie ją koniecznie, jedna z najpiękniejszych różowych pomadek o matowym wykończeniu. 


Dwie (a właściwie trzy) kosmetyczne zachcianki wykreślone z listy. Andrea to dziwaczny specyfik prosto z Chin, na porost włosów. Skład oparty głównie na imbirze i tak też pachnie. Skusiły mnie oczywiście opinie na blogach, bo ponoć daje niezłe rezultaty w przyroście włosów.

Długo polowałam na rozchwytywaną 10 z serii płynnych matowych pomadek od Golden Rose. W końcu jakoś się udało i kupiłam ten dziwny, szarobury odcień nr 10 oraz wściekły róż 08. Piękna pigmentacja i cudowny waniliowy zapach!


Pojawił się nowy Eos - cytrynowy! Pachnie extra, świeżo, ale nie tak jak chemiczna cytryna. Ta jest naturalna i bardzo przyjemna, a sam balsam do ust oczywiście lekko słodki w smaku. Bardzo go lubię i w tej chwili tej wersji używam najczęściej.

Obok lakiery Orly z nowej letniej serii: żółty neon Road Trippin, magenta Paradise Cove i liliowy Scenic Route. Właśnie będę ściągać hybrydę, więc już w tym tygodniu zabiorę się z pierwsze testy. Kolory totalnie letnie :).


Od Artdeco dostałam dwie nowości do wypróbowania - podkład Artdeco Nude Foundation oraz korektor Long-wear concealer waterproof. Podkład po pierwszych testach wydaje się idealny na lato. Jest bardzo lekki i ma delikatnie matowe wykończenie. Tylko dla ładnych cer - krycie jest lekkie. Używam odcienia Honey Chiffon, teraz kiedy mnie już trochę opaliło jest idealny.


Letnia pielęgnacja czyli filtry i samoopalacze. W kategorii filtrów do twarzy mam już swojego ulubieńca (baza z filtrem SPF 50 od Kiko, świetna), a z filtrów do całego ciała właśnie wypróbowuję Sun Balance SPF 50 od Farmony, Jest lekki, wodoodporny i w psikaczu, co bardzo lubię. Pachnie pomarańczami! To wersja dla dzieci, ale kto by się przejmował - czasem właśnie wśród serii przeznaczonych dla dzieci łatwiej znaleźć porządny i wysoki filtr.

Dalej nowości od Lirene: samoopalająca pianka, samoopalacz w kremie do twarzy (już wypróbowany i nie zapycha, uff) oraz olejek z filtrem SPF 30. Ten ostatni naprawdę fajny, bo pachnie jaśminem, a ja mam teraz jakąś totalnie jaśminową fazę ;).


Niekosmetyczne zakupy to tym razem Chyavanprash marki Dabur, oczywiście zakupiony przez czytanie blogów ;). To coś w rodzaju dżemu-pasty, opartej na kompozycji ajurwedyjskich ziół. To taki suplement w ciekawej formie i pysznym smaku! Ciekawe czy podziała też na włosy i zachamuje trochę ich wypadanie.

Obok prosta srebrna bransoletka, na którą niedawno się skusiłam :).


Na koniec ciekawa akcja z Intimate Box. Takie właśnie pudełko otrzymałam i mocno zdziwiłam się po otwarciu - akcja jest nieco prowokacyjna co możecie same zobaczyć. W środku produkty do higieny intymnej: myjka uniwersalna (którą najlepiej odkładać w ciemne i wilgotne miejsce), ręczniczek (który można zostawić także dla gości) i perfumowane mydło. 



Oczywiście pudełko miało też drugie dno, a w nim emulsję do higieny intymnej Provag, o przyjaznym ph, bez konserwantów, parabenów, slsów, za to z kwasem mlekowym i ekstraktem z aloesu. Pomysł na akcję z pewnością świetny, bo dobitnie pokazuje jakie złe nawyki w kwestii higieny mają jeszcze co poniektórzy.  


Dajcie znać czy coś Was szczególnie zaciekawiło :).

sobota, 18 czerwca 2016

AKCESORIA DO MYCIA TWARZY: Calypso, Konjac, Glov, myjki i szczoteczki

Bardzo lubię różne akcesoria do mycia twarzy, bo w moim odczuciu demakijaż z ich pomocą bywa dużo skuteczniejszy. Wypróbowałam już różne popularne gadżety, więc postanowiłam zebrać je dziś razem i podsumować, które z nich sprawdzają się u mnie najlepiej. Nie weszłam jeszcze tylko w etap nowszych wynalazków - szczoteczek sonicznych i tym podobnym, ale jak na razie nie kuszą mnie zbytnio.


Zdecydowanie najlepiej wypadają u mnie gąbeczki - np. konjac lub Calypso. Są łagodne, nie podrażniają skóry, ale są skuteczne i zdecydowanie ułatwiają (i umilają) demakijaż. Najgorsze doświadczenia zawsze miałam ze szczoteczkami. Mimo dobrych opinii o miękkim i delikatnym włosiu zawsze okazywały się zbyt mocne.

GĄBKI CALYPSO | Gąbeczki do demakijażu Calypso to zdecydowanie mój ulubiony gadżet. Sięgam po nie najczęściej i sama się sobie dziwię, że odkryłam je tak późno, mimo tego że są bardzo popularne. W opakowaniu mieszczą się dwie płaskie gąbki. Calypso po zwilżeniu wodą są mięciutkie, ale mają porowatą strukturę, która fajnie oczyszcza skórę. Po wyschnięciu robią się z powrotem twarde. Gąbeczki świetnie sprawdzają się w duecie z mydłem lub żelem myjącym, zdarza mi się też używać ich z odrobiną olejku. Najlepsze!

Cenowo wypadają bardzo korzystnie - za opakowanie 2szt w Rossmannie zapłacicie 4-5zł. Gąbeczki jako tako się nie niszczą, ale ja wymieniam je w miarę regularnie, bo to jednak gąbka i wyobrażam sobie, że może stać się domkiem dla bakterii.


KONJAC | Nietypową, ale bardzo przeze mnie lubianą gąbką jest konjac. To w 100% naturalna gąbeczka wytwarzana z azjatyckiego drzewa o tej samej nazwie. Kiedy gąbka wyschnie jest zupełnie twarda, ale pod wpływem wody staje się miękka i sprężysta przy okazji znacznie zwiększając swoją objętość. Konjac jest bardzo przyjemny w dotyku, świetnie nadaje się do łagodnego masażu twarzy i oczywiście demakijażu. Spotkałam się z opiniami, że ma właściwości myjące, więc jest skuteczny używany jedynie z wodą, ale u mnie to się nie sprawdza - mydło bądź żel są koniecznie. Gąbeczki występują w różnych rodzajach np. czarne z dodatkiem węgla.

Ceny różne w zależności od sklepu. Najtaniej wychodzą na ebayu czy aliexpresie, bo już po jednym dolarze. Jeszcze żaden konjac mi się nie zniszczył, wyrzucałam po prostu kiedy uznałam, że swoje już przeszedł.


GLOV RĘKAWICA | Bardzo ciekawym rozwiązaniem jest magiczna rękawiczka Glov, o której już pisałam na blogu. Glov ma nietypową strukturę włókien, dzięki czemu działa przy użyciu samej wody i naprawdę mogę to potwierdzić! Radzi sobie z prawie każdym makijażem, chyba że stosujecie długotrwałe i wodoodporne kosmetyki - może być gorzej. Generalnie jest to świetne rozwiązanie na wszelkie wyjazdy, na co dzień też jest spoko, ale wolę gąbeczki. Glov po jakimś czasie działa słabiej i wtedy używam jej z dodatkiem kosmetyku do mycia twarzy.

Glov to trochę większy wydatek od poprzedników, ale cena jest do przeżycia - około 40zł. Teraz pojawiły się nowe kolorowe rękawice!


SILIKONOWA MYJKA | Uwielbiam takie myjki, ale niekoniecznie do demakijażu - w tej roli spisują się tak sobie. Mają kształt jajka, drobne wypustki i wykonane są z silikonu. Masaż twarzy taką myjką jest niezwykle przyjemny, szczególnie lubię jej używać wmasowując w skórę olejek bądź serum. W tej kategorii sprawdza się genialnie, przy demakijażu trochę gorzej, bo nie spienia kosmetyku i nie rozprowadza go tak dobrze po skórze. Fajnie jednak zmywa maseczki, zwłaszcza glinkowe.

Myjki są niedrogie, moja kosztowała około 5zł. Można je znaleźć w różnych drogeriach np. w Rossmannie. Plusem jest ich trwałość i łatwość w czyszczeniu.


SZCZOTECZKI | Za szczoteczkami niestety nie przepadam. Wypróbowałam już różne, robiłam podejścia do rossmannowych, ale były zbyt ostre. Ostatnio wyczytałam gdzieś, że bardzo miękka jest ta z Hebe (ze zdjęcia), ale to też kompletnie nie to - zdecydowanie zbyt ostra, twarda i drażniąca skórę! Może 'gruboskórne' osoby, które lubią mocne ścieranie, ostre peelingi lepiej reagują na takie szczotki. 

Szczoteczka z Hebe kosztowała mnie chyba 5zł. Tanio, ale słabo - jeśli znacie ultra miękkie szczotki dajcie znać!


Nie wypróbowałam jeszcze ściereczki muślinowej, muszę kiedyś koniecznie zrobić do niej podejście. W planach mam też zakup mini gąbki naturalnej, która nie zbiera bakterii. Co u Was sprawdza się najlepiej? :)

wtorek, 14 czerwca 2016

MANICURE HYBRYDOWY: Cyclamen od NeoNail 💚

Hej :)! Dziś o moim ulubionym lakierze hybrydowym, ten odcień przebił wszystkie pozostałe! Jako wielka fanka kolorów różowo-fioletowych, oczywiście mam i bardzo lubię popularny Mardi Gras z Semilac. Choć jest absolutnie genialny to do pełni szczęścia brakowało mi czegoś odrobinę mniej różowego, a bardziej fioletowego. Właśnie takim kolorem jest Cyclamen od NeoNail :). 

Markę kojarzyłam wcześniej z blogów, ale sama dotąd byłam wierna Semilacowi. Cyclamen kupiłam po prostu dla koloru, ale muszę przyznać, że właściwości tej hybrydy też są bardzo dobre. Nie robi kłopotów z rozprowadzaniem i ma wysoki poziom krycia. Mam wrażenie, że schodzi troszkę gorzej niż Semilac, ale ta kwestia jest czasem zależna nawet od poszczególnych odcieni. Cenowo i objętościowo wychodzi podobnie.


Cyclamen to idealne połączenie różu i fioletu, które kojarzy mi się z opakowaniami zabawek dla dziewczynek, drugi najbardziej barbiowy kolor po intensywnym różu ;). Ten odcień to także prawdziwy kameleon. Zupełnie inaczej wygląda w świetle dziennym a sztucznym (nie wspominając już o tym, że jeszcze inaczej wychodzi na zdjęciach). Czasem wygląda jak typowy fiolet, innym razem jest zupełnie różowy.



Muszę Wam powiedzieć, że na tej hybrydzie bosko wygląda efekt szmaragdowy od Indigo! Ale to połączenie pokażę innym razem :).

niedziela, 12 czerwca 2016

MAYBELLINE Affinitone z olejkiem arganowym | SWATCHE wszystkich odcieni :)

Hej! Podkład, który przewijał się na blogu wiele razy to Affinitone od Maybelline. Wspominałam o nim nie jeden raz, bo to jeden z moich sprawdzonych "codziennych" podkładów na lato i wiosnę. Niedawno pojawiła się ulepszona wersja z olejkiem arganowym, którą przetestowałam w różnych warunkach pogodowych żeby móc podzielić się z Wami odczuciami i oczywiście swatchami :)!

Wiem, że Affinitone zbiera przeróżne opinie, niektórzy go bardzo lubią, inni omijają szerokim łukiem. U mnie zawsze dobrze się sprawdzał w roli lekkiego podkładu na co dzień. Znam go już od lat i przerobiłam z pewnością kilka tubek. Zdecydowanie jest to lepszy podkład dla cery normalnej w stronę suchej, niż dla skóry tłustej.


Nowa formuła z olejkiem arganowym nie różni się mocno od starszej, ale mam wrażenie że nowy Affinitone jest bardziej nawilżający i jednocześnie mniej pudrowy.

Jest to podkład o rzadkiej, lejącej konsystencji, co może niektórym przeszkadzać. Ja akurat lubię bardziej rzadkie formuły podkładów, dlatego pod tym względem zawsze mi pasował. Affinitone ma raczej średnie krycie, nie jest bardzo mocno kryjący, ale też daje radę na lekko problemowej cerze. Dla mnie taki poziom krycia jest w zupełności wystarczający. Dobrze się rozprowadza i daje satynowe wykończenie na skórze. Jest lekki, nawilżający, fajnie sprawdza się do szybkich, dziennych makijaży. U mnie minusem jest na pewno trwałość, ale w okresie letnim mało co wytrzymuje na mojej przetłuszczającej się skórze. Po kilku godzinach strefa T mocno mi się przetłuszcza i w tym obszarze Affinitone po prostu spływa (jak większość podkładów...), za to zimą w ogóle nie narzekałam na jego trwałość. Dlatego myślę, że jest pod tym kątem umiarkowany i sporo zależy od typu cery.



W gamie znajduje się osiem odcieni, które mają dopasowywać się do odcienia naszej skóry. Jak to z tym faktycznie jest? Podkład stapia się z kolorytem cery, ale oczywiście do pewnego stopnia ;). Zimą używam zazwyczaj Light Sandbeige, latem pasuje mi Golden Beige. Ostatni odcień z gamy jest dużo ciemniejszy od pozostałych. Kolory z "beige" w nazwie są ciepłe, żółte, z "rose" chłodne i różowe.

Z doborem odpowiedniego odcienia nie ma większych problemów, bo w drogeriach prawie zawsze znajdują się testery tych podkładów, zdarza się jedynie, że czasem brakuje któregoś z numerów.


Dla mnie to dobry, delikatny podkład na co dzień. Na większe wyjścia wolę mocniejszy kaliber, coś bardziej kryjącego i matującego. Zdecydowanym plusem jest dla mnie to jak Affinitone wygląda na skórze - kryje, ale efekt jest naturalny, bez pudrowego wykończenia.

Pora również na ogłoszenie wyników konkursu :). Gelacet w saszetkach wygrywają:

adrianna_g
Red Wild Squirrel

Czekam na wasze maile z adresem do wysyłki suplementu (dane prześlijcie na kosmetykowyblog@gmail.com).