czwartek, 19 stycznia 2017

MANICURE HYBRYDOWY: Magnetyczna hybryda *KAMELEON*

Hej! W lakierach hybrydowych pojawiają się raz po raz kolejne nowości. Magnetyczne hybrydy na pewno już znacie, ale te magnetyczne wielowymiarowe "kameleony" zaczęły pojawiać się od niedawna... choć od dłuższego czasu są już oczywiście na aliexpresach i tym podobnych. Ciekawił mnie ten efekt, więc skusiłam się na dwa kolory, jeden jest właśnie z Ali, a drugi z Born Pretty Store. Dziś mowa właśnie o tym drugim lakierze, dającym totalnie magiczny, mieniący się efekt! Na paznokciach wygląda jak kamyczki :).

Wszystkie magnetyczne hybrydy stosuje się w podobny sposób: baza - warstwa koloru do utwardzenia - kolejna warstwa koloru (gdzie przed utwardzeniem przykładamy do paznokcia specjalny magnes, który stworzy nam ten charakterystyczny prążek) - top. Zauważyłam, że kameleonowe hybrydy magnetyczne są trochę słabo kryjące, więc dobrą opcją jest nakładanie ich na jakiś ciemny bądź czarny kolor bazowy.


Mani z dzisiejszego wpisu robiłam hybrydą nr 24 (link). Moim zdaniem wygląda świetnie :). Baza jest taka śliwkowo-fioletowa, drobinki niebieskie a pasek, który tworzy się pod wpływem magnesu taki złoto-rudy. Żałuję jedynie, że tak jak wspomniałam, nie położyłam pod spód ciemnego koloru bazowego. Hybryda była jednak nieco transparentna i potrzebowała trzech warstw, a ciemny odcień pod spodem na pewno fajnie by ją podbił.

Co do właściwości, to oprócz problemów z kryciem wszystko było okej: bezproblemowa aplikacja, dobra formuła, trwałość bez zarzutu i co ważne ściąganie również w porządku. Jeśli chcielibyście kupić to koniecznie korzystajcie z kodu na 10% zniżki KP9J61.



Ja jestem totalnie zachwycona, uwielbiam takie nietypowe kolory na paznokciach (a w wersji hybrydowej przebijają wszystko). Ostatnio testuję różne takie hybrydy za dolara, zamówiłam kilka z Ali, bo o dziwo sprawdzają się często równie fajnie co hybrydy znanych marek!

poniedziałek, 16 stycznia 2017

ORIFLAME spotkanie z marką po latach | Linia ECOBEAUTY 🌺

Muszę przyznać, że do tej pory miałam wręcz negatywny stosunek do Oriflame, podobnie zresztą jak przez wiele lat do Avonu. Oriflame tak naprawdę znałam w niewielkim stopniu, właściwie bardziej ze słyszenia niż ze samych kosmetyków, bo tych nie zamawiałam przez wiele lat. Marka kojarzyła mi się tanio i kiepsko, gdzieś tam utkwiło mi w pamięci wspomnienie kilku nietrafionych kosmetyków jeszcze chyba z czasów gimnazjum! Ostatnio zetknęłam się z marką chyba pierwszy raz po tak długiej przerwie i było to na tyle pozytywne spotkanie, że zerknęłam na katalog (wygląda o wiele lepiej niż kiedyś!) i skusiłam się na kilka drobiazgów typu mydełko, czy balsam do ust.

Dzisiaj jednak o serii, która znacząco odmieniła moje nastawienie do Oriflame. Mowa o Ecobeauty - linii bazującej na naturalnych składnikach. Nie spodziewałam się wiele, ale seria okazała się bardzo fajna, w ciemno nigdy bym nie posądziła jej, że to jakieś "kosmetyki z katalogu"!


Wszystkie kosmetyki ładnie pachną, kwiatowo, choć nie jest to jeden zapach wspólny dla całej linii. Używało mi się ich bardzo przyjemnie, a myślę że to też jest ważna kwestia czy sięgamy po kosmetyk z przyjemnością ;).

OLEJEK DO TWARZY | Jako fanka olejków najbardziej polubiłam właśnie olejek do twarzy. To mieszanka z dodatkiem oleju arganowego, bardzo fajny o lekkim kwiatowym zapachu. Używałam solo i dodawałam go do kremów na noc - sprawdzał się bardzo dobrze, nie zapychał, a za to fundował skórze dawkę bogatej pielęgnacji. Zaletą opakowania jest pompka. Na piątkę z plusem!

SERUM | Bardzo lekkie serum nawilżająco-rozświetlające. Fajne pod makijaż, pod krem, czy po prostu zamiast kremu na dzień jeśli ma się skórę mieszaną/tłustą tak jak ja. Przyjemnie pachnie, również kwiatowo choć inaczej niż olejek. Zawiera olejek z wiesiołka, ale jest zupełnie nie tłuste, błyskawicznie się wchłania i w ogóle jest bardzo fajne. Jedynym minusem jest dla mnie fakt, że po wchłonięciu się jest lekko wyczuwalne na skórze, takie dziwne uczucie, mimo że nie pozostawia lepkiej czy tłustej warstwy.

KREM DO TWARZY | Wygładzający krem, także z pompką. Lekki, ale dobrze nawilżający. Nie tłusty, nie zapchał mnie, był w sam raz na co dzień. Zapach znów przyjemny, kwiatowy :).

KREM POD OCZY | To również jeden z moich ulubieńców z tej serii, który używam ostatnio na zmianę z kremem Nuxe. Na moje potrzeby w zupełności wystarczający, delikatny, nadaje się także pod makijaż.



TONIK | Tonik w fajnej wersji, bo w postaci mgiełki. Ja często zapominam o stosowaniu toniku, nie przepadam też za przecieraniem twarzy wacikami (chociaż oczywiście to robię choćby micelem), więc forma mgiełki jest dla mnie bardziej komfortowa. Ładnie pachnie, lekko nawilża i można go stosować także do wykończenia makijażu, co nie raz mi się zdarzało :).

MLECZKO OCZYSZCZAJĄCE | Jedynym kosmetykiem, który nie przypadł mi do gustu z Ecobeauty jest mleczko. Nie lubię formuły mleczek, wolę micele. Próbowałam się przekonać, ale taka forma oczyszczania twarzy kompletnie mi nie odpowiada.


Cenowo seria wypada między 30 a 80zł. Moim zdaniem na piątkę, przekonała mnie do marki i negatywne skojarzenia odeszły ;). Jeśli kupujecie kosmetyki Oriflame to dajcie znać co konkretnie możecie polecić - bardziej kolorówkę czy pielęgnację? Ja napaliłam się trochę na wody toaletowe, więc mam w planach sprawdzenie próbek. Nie wiem czy są godne uwagi, ale opisy nut skutecznie mnie zachęciły!

niedziela, 15 stycznia 2017

ABC MAKIJAŻU MINERALNEGO | Najlepsze metody i najczęstsze błędy

Hej! Do makijażu mineralnego robiłam wiele podejść, ale było mi z nim zawsze jakoś nie po drodze - słabo się trzymał, robił efekt "ciasta", generalnie sprawdzał się o wiele gorzej od zwyczajnych, drogeryjnych podkładów. Dopiero metodą prób i błędów, ale też oczywiście wypróbowywaniem podkładów różnych marek doszłam do momentu, w którym makijaż mineralny wreszcie polubiłam, choć dla mojej cery jest to rozwiązanie tylko dla lekkiego makijażu dziennego (i po prostu nie sprawdzi się na każdej skórze). Dziś wszystko na ten temat postanowiłam podsumować - metodę aplikacji, ulubione podkłady i błędy, które sama kiedyś popełniałam.

CO TO JEST PODKŁAD MINERALNY? | Podkłady mineralne zawierają tylko naturalne minerały, które są korzystne dla naszej cery. Zazwyczaj mają krótkie składy (np. Mica, Zinc Oxide, Titanium Dioxide, Iron Oxides) i postać proszku. Wiele marek drogeryjnych podchwytuje trend bardziej przyjaznych dla skóry kosmetyków, jak właśnie minerałów i wypuszcza niby mineralne podkłady w płynie. Oczywiście być może mają one trochę lepszy skład od innych podkładów z drogerii, ale nie powinny się nazywać "mineralnymi", bo zawierają też inne składniki od czystych minerałów. Zdaję sobie sprawę, że doskonale o tym wiecie, ale z drugiej strony wciąż wiele moich klientek, które spotykam w pracy jest przekonanych, że pierwszy lepszy "mineralny" podkład z Rossmanna to właśnie produkt 100% naturalny.


PLUSY PODKŁADÓW MINERALNYCH | Zalet takich podkładów jest sporo. Przede wszystkim zauważalny jest korzystny wpływ na naszą cerę. Sama dostrzegłam go kiedy faktycznie przez dłuższy okres około miesiąca czasu, używałam tylko i wyłącznie podkładu mineralnego. Jeśli używałam na zmianę z jakimś zwyczajnym podkładem, nie widziałam oczywiście efektów. Pod podkładem mineralnym nasza skóra oddycha, taki podkład jest bardzo lekki i prawie niewyczuwalny na skórze co może być dużym plusem dla osób, którym przeszkadza 'ciężkość' zwykłych podkładów. Ponadto minerały wyglądają totalnie naturalnie, dosłownie jak druga skóra! Zawierają także filtry, które faktycznie działają - potwierdziła mi to moja znajoma, która używając na wakacjach podkładu mineralnego nie opaliła tylko twarzy ;).

-wyglądają super naturalnie na skórze
-nie zapychają, nie obciążają cery, działają wręcz leczniczo
-są bardzo lekkie i niewyczuwalne na skórze
-zawierają filtry UVA i UVB
-mają różne wykończenia i bardzo szeroką gamę kolorystyczną (także ultra jasne odcienie)
-są wydajne i się nie starzeją
-można stopniować nimi stopień krycia
-nakłada się je szybciej od tradycyjnych podkładów

DLA KOGO SĄ NAJLEPSZE? | Dla skóry suchej, normalnej, wrażliwej lub podrażnionej, ale też trądzikowej czy po zabiegach. Przy skórze suchej i normalnej zwykle sprawdzają się bardzo dobrze, ale wymagają odpowiedniego nawilżenia i będą podkreślać suche skórki jeśli takie się pojawiają. Mogą być dobrym rozwiązaniem dla skóry z różnymi problemami np. wrażliwej, alergicznej czy trądzikowej - przy tej ostatniej nie będą wzmagały trądziku, a mogą działać nawet leczniczo gdyż mają w pewnym stopniu działanie antybakteryjne. Minerały to również jedyna opcja przy bardziej inwazyjnych zabiegach na twarz, kiedy używanie jakichkolwiek pudrów i podkładów jest zakazane.


U KOGO MINERAŁY SIĘ NIE SPRAWDZĄ?| Nie jest to regułą, ale minerały gorzej się sprawdzają na cerze tłustej lub mieszanej. Moje koleżanki, które mają skórę normalną lub suchą uwielbiają minerały, ale już te ze skórą skłonną do przetłuszczania (ze mną włącznie) mają z nimi nie zawsze po drodze. U mnie w okresach mocniejszego przetłuszczania się cery, podczas upałów, minerały po prostu nie dają rady i cera bardzo szybko zaczyna się błyszczeć. Nawet przy minerałach o matującej formule i przypudrowaniu twarzy dodatkowo pudrem typowo matującym. Jednak zwykłe podkłady matujące z drogerii wytrzymują u mnie o wiele dłużej. Przez długi czas myślałam, że to wina aplikacji, złej bazy pod makijaż i ogólnie moich błędów, ale miałam kiedyś przyjemność rozmawiać z twórczynią jednej marki mineralnej, która powiedziała mi, że chociaż minerały poleca się dla każdego typu cery, to tak naprawdę na tłustej skórze często się po prostu nie sprawdzają.

MINUSY PODKŁADÓW MINERALNYCH | Są to podkłady bardzo kapryśne - zła baza, nieodpowiedni pędzel czy ilość nałożonego produktu i totalna klapa (a innym razem rewelacyjny efekt końcowy). Potrafią siadać na skórze bardzo różnie od wielu czynników. Jak wspomniałam często nie sprawdzają się na skórze tłustej, szybko się wybłyszczają, łatwo ścierają i nie powalają trwałością. Zbyt słabo nawilżonej skóry nie chcą się chwytać, na zbyt mocnej mogą się warzyć - a czasem znalezienie złotego środka nie jest proste. Przy suchej skórze lubią podkreślać suche skórki i zmarszczki, podkreślają często też niestety rozszerzone pory.

JAK NAKŁADAĆ PODKŁADY MINERALNE | Pierwsza sprawa to dobry pędzel! Najlepszy jest moim zdaniem typu flat top (choć niektórzy wolą kabuki), czyli płasko ścięty, gęsty (nie puszysty) o mięciutkim włosiu. Testowałam różne pędzle, Hakuro, Kavaii, Maestro, Anabelle Minerals, pędzle z Aliexpress, ale najlepszym pędzlem okazał się ten z Pixie Cosmetics (nr 7). Dość drogi, ale idealny do podkładów mineralnych. Minerały nakładamy na nawilżoną skórę, ale krem musi wcześniej porządnie się wchłonąć. Wysypujemy odrobinę podkładu na zakrętkę bądź dłoń i okrężnymi ruchami wtłaczamy podkład do środka włosia. Aplikację na skórę powinnyśmy zacząć kiedy nadmiar podkładu nie będzie już widoczny na włosiu (chodzi o to żeby podkład równomiernie osadził się na włosiu i wtłoczył nieco wewnątrz pędzla). Okrężnymi ruchami nanosimy podkład na skórę, zawsze lepiej nakładać więcej cienkich warstw niż jedną a grubą. Kiedy osiągniemy satysfakcjonujący poziom krycia można skórę dodatkowo przypudrować mineralnym pudrem wykończeniowym o działaniu matującym, jeśli oczywiście jest taka potrzeba. Dla mnie podstawą jest obfite spryskanie twarzy wodą termalną na koniec, dzięki której pozbywamy się pudrowego efektu, a podkład pięknie stapia się ze skórą i wygląda jeszcze naturalniej.

*Istnieje także możliwość aplikacji na mokro. Wystarczy spryskać pędzelek wodą przed nabraniem podkładu, albo wymieszać troszkę kosmetyku np. z kremem. Szczerze mówiąc ten sposób nigdy się u mnie nie sprawdził, ale zawsze warto go wypróbować!

BŁĘDY W APLIKACJI | Niestety łatwo nałożyć dobry podkład mineralny tak, że będzie wyglądał źle, będzie zbyt ciężki, pudrowy, będzie się warzył i "ciastkował". Błędem może być nałożenie zbyt dużej ilości kremu pod makijaż, ale też produktu zbyt tłustego i przeciwnie zbyt lekkiego. W tej kwestii naprawdę warto eksperymentować, sprawdzać różne produkty. Kolejnym błędem będzie nałożenie zbyt grubej warstwy podkładu, najgorzej jeśli nałożymy ją na jedno podejście. To właśnie najczęściej wtedy podkład się warzy, nie stapia ze skórą i wygląda nieestetycznie. Nakładanie podkładu, którym pędzel jest bezpośrednio uciapany (nie wtłoczony o czym pisałam wcześniej) też może zaważyć na ostatecznym efekcie, oczywiście w sposób negatywny. Dla mnie bez utrwalenia makijażu wodą termalną to już nie to samo, dlatego koniecznie ją wypróbujcie przy minerałach.


NAJLEPSZE BAZY POD MINERAŁY | Są specjalne pudry "bazowe" pod podkłady mineralne, ale w przypadku większości osób wystarczy odpowiednio dobrany krem/baza. Dla mnie najlepszym podkładem pod podkłady mineralne jest Nivea Sensitive - balsam po goleniu. Fajnie nawilża, super szybko się wchłania i praktycznie od razu można nakładać podkład! Jeśli szukacie czegoś dobrego to polecam Wam właśnie najbardziej Niveę (w Rossmannie można kupić miniaturę balsamu). Możecie też próbować z różnymi lekkimi kremami, czasem fajnie sprawdza się też serum np. hialuronowe.

NAJLEPSZE PODKŁADY MINERALNE | Dla mnie numerem jeden jest Pixie Minerals Love Botanicals, ale bardzo lubię też podkład Ecolore. Gorzej choć też nieźle sprawdzał się u mnie podkład Lily Lolo (wyglądał bardziej topornie) czy Anabelle Minerals (formuła matująca, bo kryjąca i rozświetlająca nie przypadły mi do gustu).


KOLORY I WYKOŃCZENIA | Większość marek mineralnych ma bardzo szeroką gamę kolorystyczną podkładów. Najczęściej najjaśniejsze odcienie w żaden sposób nie odpowiadają kolorystyce z drogerii - są o wiele jaśniejsze. Dla extremalnie bladolicych minerały to niekiedy jedyna słuszna opcja. Kolory dzielą się często na kilka serii np. na neutralną, ciepłą, zimną i oliwkową (czasem też złotą, żółtą, beżową, brzoskwiniową). Bezpiecznie jest celować w neutralną jeśli nie macie pojęcia, która Wam pasuje. Z kolei jeśli macie problem ze zwykłymi podkładami, które są dla Was na ogól zbyt różowe to pewnie będzie Wam pasowała gama żółta lub oliwkowa. Ja zawsze wybieram właśnie oliwkową, bo najlepiej pasuje do mojej karnacji i neutralizuje zaczerwienia na twarzy. Oprócz serii kolorystycznych najczęściej znajdziemy też różne wykończenia jak satynowe, matujące, kryjące czy rozświetlające. Marki mineralne oferują sprzedaż próbek co jest bardzo fajną opcją. Zanim zdecydujemy się na pełnowymiarowe opakowanie można wypróbować sobie formułę podkładu. Oczywiście najlepiej jest zamówić kilka różnych odcieni i dobrać ten najlepszy :).

PUDRY WYKAŃCZAJĄCE | Marki mineralne mają w sprzedaży także pudry wykańczające makijaż mineralny, najczęściej rozświetlające lub matujące. Nie ma sensu używać drogeryjnego pudru jeśli używamy minerałów, bo w moim odczuciu marnujemy wtedy pozytywne skutki dla skóry podkładu mineralnego ;). Ja używam tylko matujących - moim hitem jest Mega Matte Kapok od Pixie ale lubię też Flawless Matte z Lily Lolo.

Moimi kolorami podkładów mineralnych są Creamy Natural i Sea Pearl od Pixie, Warm Peach od Lily Lolo i Olive 1 z Ecolore. Mój poziom "jasności" określiłabym jako zazwyczaj pierwszy najjaśniejszy odcień z podkładów drogeryjnych (zimą Buff Revlon Colorstay) co przekłada się w zależności od marki na drugi w skali jasności podkładów mineralnych - to tak w dużym uproszczeniu. Niżej możecie zobaczyć efekt po użyciu podkładu Ecolore.



KOREKTORY | Mineralny może być również korektor, ale przyznaję, że nie jestem ich fanką. Zdecydowanie wolę klasyczne korektory. Mineralne mogą być w proszku albo w kremie. Sypki mam z Ecolore, ma fajny super jasny odcień, ale nie daje takiego krycia jak lubię. Z kolei kremowe korektory mam z Pixie, są fajne do dziennego makijażu ale nie są bardzo trwałe i zastygające, więc wolę choćby stary dobry kamuflaż w płynie z Catrice. Te okrągłe z Pixie zasługują jednak na plusa ze względu na fajne, żółtawe odcienie, które świetnie neutralizują wszelkie zasinienia pod oczami.


Róże czy cienie mineralne to już temat na osobny wpis, bo dzisiejszy wyszedł i tak strasznie długi! Nie każdy je lubi, podobnie jak same podkłady, ale ja jestem ogromną fanką róży mineralnych, wolę je od tych prasowanych. Ciekawostką jest też fakt, że kosmetyki mineralne praktycznie nie mają daty ważności - na opakowaniu taka istnieje, bo taki jest wymóg do obrotu na rynku, ale nawet po jej upłynięciu kosmetyki nie tracą właściwości. Wpis powstał z pomocą portalu www.mojealergie.pl - wszystko o alergiach skórnych i pokarmowych. Jeśli używacie minerałów bądź robiliście do nich udane lub mniej udane podejścia, dajcie znać co o nich myślicie!

czwartek, 12 stycznia 2017

LIVE★LOVE nowa marka w drogeriach ROSSMANN | *swatche*

W Rossmannach pojawiła się ostatnio nowa marka makijażowa - Live Love. To bliźniacza marka Makeup Revolution, co zresztą widać na pierwszy rzut oka. Opakowania mocno przypominają MUR, a może nawet bardziej Freedom Makeup, które należy do tej samej rodziny. W ofercie na razie przede wszystkim paletki (cieni, róży, do konturowania), pomadki, brązery i chyba błyszczyki. Będąc w Rossie akurat trafiłam na promocję i kupiłam ostatecznie dwie paletki: rozświetlaczy i róży. Paletki wyglądają naprawdę uroczo, a do tego były bardzo tanie (jedną kupiłam za około 17zł, drugą chyba za 25zł, ale cena regularna na pewno przekracza trzy dyszki). Mimo, że to świeży zakup wezmę je dziś pod lupę, bo na pewno komuś przydadzą się swatche!


Z początku myślałam, że to paletka rozświetlaczy okaże się lepsza, ale już po pierwszych dniach użytkowania widzę, że róże mają przewagę. Szkoda, że nie mam porównania z paletami róży Makeup Revolution, ciekawa jestem czy to taka sama jakość. W obydwu paletkach mamy po sześć odcieni i lusterko.


Zacznijmy od róży - Blush & Light Palette - dwa błyszczące, cztery matowe. Maty mają wysoką pigmentację i dobrą, nie zbyt suchą ani pylącą formułę. Mocniejsze kolory mogą okazać się kłopotliwe przy braku wprawy i jasnej cerze, dlatego jeśli boicie się przerysowanego efektu to najlepiej sięgnąć po puszysty pędzel albo taki w typie duo fibre :). Dwa błyszczące odcienie różnią się znacząco formułą, jeden jest miękki a drugi zupełnie suchy (podejrzewam, że po prostu wypiekany).

Róże wydają mi się całkiem fajne, choć dość intensywne, a więc nie dla każdego. Bardzo ładny jest ten z lewego górnego rogu, neutralny przygaszony odcień. Świetny jest też z prawego dolnego roku - połyskujący cukierkowy róż. Poza tym dwa morelowe, jeden intensywny, ciepły róż i rozświetlacz o delikatnym połysku. Myślę, że paletka jest niezła w swojej cenie, pozostaje już kwestia kolorów, które nie u każdego się sprawdzą. Jeśli lubicie żywe, czyste kolory w różach to oczywiście warto na nią zerknąć.



Druga paletka - Bronze & Light Palette - łączy brązery i rozświetlacze... ale tylko z opisu producenta, bo typowego brązera tu nie znajdziemy. Jako psychofanka rozświetlaczy, a już szczególnie rozświetlaczy występujących w skupiskach, strasznie się na nią napaliłam, ale szczerze mówiąc przy pierwszych testach mnie nie porwała. Wygląda oczywiście super słodko, a odcienie same w sobie są bardzo ładne, ale żaden z nich nie jest ani rewelacyjnym rozświetlaczem ani jak wspomniałam jakimkolwiek brązerem. Jeśli jesteście na kupnie jednego ale dobrego jakościowo rozświetlacza to nie patrzcie na tę paletę.

Mamy tutaj znów mix formuł, bardziej miękko-kremowych z suchymi, ale mocniej błyszczącymi. Idąc od lewego górnego rogu mamy delikatnie różowy rozświetlacz o lekkim, satynowym połysku. Kolejno mocniej różowy odcień o ultra delikatnym błysku, właściwie to już nawet satyna a nie połysk. Ja preferuję akurat bardzo mocno błyszczące rozświetlacze, ale wiem że są osoby, którym taki subtelny efekt będzie odpowiadać. Następnie najlepszy z paletki, mocno połyskujący o waniliowym odcieniu. W dolnym rzędzie ciekawy, troszkę ciemniejszy odcień (fajny, ale nie dla jasnej cery!). I dwa totalne dziwaki - złoto i miedź. Na brązer się nie nadają, choć ja takimi odcieniami lubię musnąć bardzo lekko policzki, już po nałożeniu różu. Dla większości sprawdzą się jednak prędzej jako cienie do oczu.



Dla paletki róży jestem na tak, rozświetlaczowa jest raczej dziwna kolorystycznie i wykończeniowo, więc ją niekoniecznie bym polecała. Lepiej kupić jeden a dobry rozświetlacz jak np. ten z My Secret :). Ciekawią mnie jeszcze paletki cieni Live Love, ale w moim Rossmannie albo jeszcze nie przyszły, albo zostały totalnie wymiecione. A Wy skusiłyście się na coś?



środa, 11 stycznia 2017

Kosmetyczne ROZCZAROWANIA 2016 | + nowa Liferia!

Hej! Byli ulubieńcy, będą i rozczarowania ;). Nie koniecznie kity czy buble, ale kosmetyki które w jakiejś mierze się nie sprawdziły, bądź zupełnie minęły z obietnicami producenta. Nie ma ich zbyt wiele, bo totalnych kitów się rzecz jasna pozbywam na bieżąco (całe szczęście nie zdarzają się też wcale tak często!). Poza rozczarowaniami, ostatnia edycja Liferii - czyli beauty boxa, który do niedawna był w sprzedaży tylko na Ukrainie.


Zacznijmy od kosmetyków, które z pewnych względów mnie rozczarowały:

BIELENDA Lumiere Base | Rozświetlająca baza Bielendy skusiła mnie uroczymi perełkami, takie bajery zawsze gdzieś tam bardziej zachęcają do zakupu. Sądziłam, że będzie to baza rozświetlająca jak obiecuje producent, ale ja niestety żadnego rozświetlenia nie widzę. Żeby nie było - to nie jest totalny bubel, używam jej czasami. Ma przyjemną, bardzo lekką formułę, więc dobrze nadaje się pod makijaż, ale rozświetlenia niestety brak.

YVES ROCHER Płyn micelarny Sensitive Vegetal | Jestem fanką Yves Rocher, ale ten micel to pomyłka. Zostawia nieprzyjemnie lepki film na skórze i podrażnia, szczególnie okolice oczu, a dedykowany jest skórze wrażliwej.

GOLDEN ROSE Konturówki Lipliner | Uwielbiam konturówki do ust Golden Rose, ale... nie z tej serii! Mają co prawda ciekawe kolory, ale są strasznie twarde i suche brrr :(. Za to pozostałe linie, Dream albo Classic są super, kremowe, pięknie napigmentowane, moje ulubione.

MAKEUP REVOLUTION The One Foundation | Numerek jeden (biały) zakupiłam do rozjaśniania podkładów. I faktycznie je rozjaśnia, ale jest tak rzadki jak woda. Zmienia przez to bardzo mocno formułę podkładów i drastycznie obniża poziom krycia. Lubię lejące podkłady, ale aż tak wodnista formuła mnie zadziwia i szczerze mówiąc, nie wiem czemu miałaby służyć. Podobnie zachowują się płynne róże z MUR (na zdjęciu ten w buteleczce). Też są takie mega wodniste i przez to dają 0% koloru na skórze.

SEMILAC Mat Top Coat | Oj bardzo mnie zawiódł matowy top coat hybrydowy Semilac. Teraz marka chyba wypuściła nową wersję, coś mi się tak przynajmniej obiło o uszy. Mój top kupiłam parę miesięcy temu i szczerze mówiąc jest tragiczny - robi dziwne plamy (mimo porządnego wymieszania przed aplikacją) i w sumie to nie daje matu, ale coś satynopodobnego co rozkłada się nierówno na płytce. Na jasnych kolorach jeszcze ujdzie, ale na ciemnych wygląda strasznie.

SMART GIRLS GET MORE Róż | Rzadko kiedy róż ewidentnie mi nie pasuje, ale ten niestety ma strasznie gruby brokat i wygląda to zdecydowanie mało gustownie!

W7 Biała baza pod cienie | Mały bubel od W7 - biała baza, która miała mi służyć do podbijania kolorowych czy pastelowych cieni. Niestety nie zachowuje się jak baza, bardzo szybko się roluje i wręcz SKRACA trwałość cieni.

CATRICE Prime and Fine baza | Zielona baza od Catrice pod podkład, do tuszowania zaczerwienień. Lubię Catrice za przeróżne produkty, ale z bazą coś poszło nie tak. Ma po prostu zły i zbyt intensywny odcień. Przebija spod bardzo kryjących podkładów (nawet nałożona w minimalnej ilości) co w moim mniemaniu może jeszcze podkreślać te zaczerwienienia. Wina leży moim zdaniem w zbyt ciemnym kolorze i zbyt mocnym pigmencie. Zielone korektory znam nie od dziś i sprawdzają się dobrze, ale baza okazała się klapą. Producent też to chyba zauważył, bo wycofał ją z produkcji.


Liferia (liferia.pl) do tej pory pozytywnie mnie zaskakuje, bo zawsze możemy trafić na totalnie nieznane marki, co jak dla mnie jest dużym plusem. Box pojawia się co miesiąc i kosztuje podobnie do innych pudełek (59zł). Ta edycja przyleciała do mnie jeszcze w grudniu. Pierwsze wrażenia jak najbardziej pozytywne: jest coś z nietypowych marek, znana i lubiana Tołpa i oczywiście to na co czekam najbardziej - kolorówka :). Zdecydowanie ucieszył mnie widok żelu aloesowego, bo właśnie miałam go na dniach kupić.



MIZON Wygładzający żel z aloesem | Lubię żele aloesowe, bo są totalnie uniwersalne. Można mieszać z nimi glinki, nakładać je na włosy, używać w roli lekkiego nawilżacza pod makijaż, smarować skórę po depilacji i tak dalej. Właściwie już byłam na kupnie żelu z Holika Holika, ale skoro wpadł mi w ręce ten, sprawa się rozwiązała ;).

TOŁPA Żel do mycia twarzy i oczu | Fajnie, że jest coś z Tołpy. Wiem, że marka jest bardzo lubiana, więc ciekawi mnie sporo z oferty. Żel to też taki uniwersalny produkt, chyba dla każdego, u mnie na pewno się nie zmarnuje.

VG PROFESSIONAL Róż mineralny | Marka VG to u nas coś zupełnie nieznanego, więc teoretycznie na plus, ale pojawia się już któryś raz w Liferii, więc szczerze mówiąc tym razem widziałabym jakąś inną markę. Sama paletka z różami jest okej, taka bardziej konkretna, a róże matowe i w ciepłej kolorystyce, więc duża szansa, że trafią do sporej grupy osób.

NEAUTY Cień mineralny | Drugim kosmetykiem z kolorówki jest cień mineralny Neauty, już nie pierwszy mój cień tej marki. Lubię je, są delikatne, ale mają ładne kolory. W pudełku znalazł się odcień Sea Shell, przepiękny, rozświetlający kolor o nieco złotawym połysku, naprawdę świetny :). Do boxa dołączona też została ulotka o aplikacji cieni mineralnych - bardzo na plus.

AVENA Regenerujący krem z kolagenem i ekstraktem ze śluzu ślimaka | Mamy też balsam do ciała i dłoni ze śluzem z ślimaka. Tej marki też nie kojarzę, ale myślę że warto będzie ją sprawdzić, zwłaszcza że producent obiecuje nawilżenie, ale też spłycenie blizn i rozjaśnienie przebarwień.

 Oczywiście najbardziej ucieszył mnie wspomniany żel aloesowy, ale też cień Neauty (mam ochotę na ich róże!). Co sądzicie o grudniowej Liferii?

poniedziałek, 9 stycznia 2017

ULUBIEŃCY 2016 👑 | KOLORÓWKA

Pora na drugą, bardziej ekscytującą część ulubieńców roku - kosmetyki do makijażu :). Starałam się wybrać te faktycznie najlepsze, aby dzisiejsze podsumowanie nie było zbyt długie, ale jestem przekonana, że kilka świetnych kosmetyków na pewno mi gdzieś umknęło. Co ciekawe, spora część moich typów z 2015 roku pokrywa się z dzisiejszymi ulubieńcami, mimo że przewinęło mi się przez ręce w ubiegłym roku trochę nowych produktów. Są to po prostu kosmetyki sprawdzone, wypróbowane na wszelkie możliwe sposoby i wciąż najlepsze!



Zaczynamy od kosmetyków do twarzy: podkładów, korektorów, pudrów, brązerów i tak dalej. W ubiegłym roku o dziwo nie miałam jednego stałego, ulubionego podkładu. Używałam naprawdę przeróżnych, były fazy fascynacji minerałami, powroty do Revlona Colorstaya (który nadal jest moim niezawodnym podkładem na wyjścia, ale na co dzień rzadko go używam). Nie miałam więc jednego ulubieńca, ale na największe wyróżnienie zasłużył sobie:

MAYBELLINE SUPERSTAY 24H | Maybelline wprowadziło do oferty naprawdę świetny i niedrogi podkład! Chyba najbardziej długotrwały ze wszystkich drogeryjnych podkładów, do tego trzyma ładnie mat i ma dosyć dobre krycie. Nie jest to totalny ciężki kaliber, nadaje się na co dzień jak najbardziej, ale należy raczej do tych bardziej kryjących i matujących, a nie super lekkich. Byłby naprawdę prawie ideałem gdyby nie gama kolorystyczna niestety celująca zbytnio w różowe tony. Najjaśniejszy odcień jest właśnie taki trochę zbyt różowy dla mnie, czego bardzo żałuję. Mimo wszystko i tak po niego sięgam, a ratuję się pudrem bananowym, który delikatnie go zażółca. Tak czy siak zasługuje na miano jednego z odkryć 2016 roku :).

CATRICE LIQUID CAMOUFLAGE | W kategorii korektorów nic nie przebiło płynnego kamuflażu od Catrice. Wszystkie korektory, które udało mi się przetestować w ubiegłym roku były zdecydowanie mniej kryjące i mniej trwałe niż mój ulubieniec z Catrice. Pewnie wszystkie go dobrze znacie i macie w swojej kosmetyczce, ale jeśli jeszcze ktoś się gdzieś uchował i go nie zna, to niech koniecznie go sprawdzi, warto!

PIXIE MEGA MATTE KAPOK TREE POWDER | Z pudrów najbardziej polubiłam Mega Matte Kapok od Pixie Cosmetics. Jest to ultra drobny, mocno matujący puder o całkowicie naturalnym, przyjaznym dla skóry składzie. Dużo delikatniejszy, drobniej zmielony niż puder ryżowy czy bambusowy, na twarzy wygląda bardziej dużo bardziej aksamitnie i delikatnie. Godny uwagi puder, szczególnie dla maniaczek mineralnego lub bardziej naturalnego makijażu. W kwestii matowienia nie przebija Anti-Shine od Kryolan, ale to trochę co innego (aczkolwiek Anti-Shine lubię równie mocno).

MY SECRET ROZŚWIETLACZ & BRĄZER WYPIEKANY | Dwa hity od My Secret za grosze - rozświetlacz i brązer. Obydwa są pudrami wypiekanymi, niezwykle wydajnymi, co widać po małym stopniu zużycia mojego rozświetlacza (mam go od kiedy się pojawił a ubytek znikomy). Rozświetlacz to prawdziwa perełka dająca efekt idealnie gładkiej tafli błysku w waniliowym odcieniu. Polecaliście mi jako odpowiednik rozświetlacz Wibo, ale moim zdaniem My Secret jest lepszy (to podobno zamiennik dla Mary Lou Manizer od TheBalm). Z kolei brązer jest bardzo nietypowym produktem w swojej kategorii: chłodny, lekko połyskujący, wygląda przepięknie na twarzy i pasuje do przeróżnych karnacji.

MAKEUP REVOLUTION BLUSHING HEARTS | Jestem maniaczką róży, mam ich sporo, ale już od prawie dwóch lat najczęściej sięgam po urocze serduszko Makeup Revolution w odcieniu Candy Queen of Hearts. Bardzo lubię ten róż, ma idealny dla mojej cery odcień, wygląda na policzkach bardzo świeżo i lekko połyskuje. Do tego to śliczne opakowanie ^ ^. Z tej serii bardzo lubię również lekko różowy rozświetlacz.


Pomadki to moja kolejna mała obsesja, więc ciężko jest mi wybrać zaledwie kilku ulubieńców. Jest w końcu tyle fantastycznych pomadek, że ciężko się zdecydować ;). W minionym roku wszelkie błyszczyki poszły u mnie totalnie w odstawkę. Królowały oczywiście maty, ale bardzo często sięgałam też po konturówki do ust, których używałam na całe usta. Tutaj trzeba by wspomnieć o konturówkach Golden Rose, które są super tanie a przy tym świetne jakościowo. Polecam Wam te z serii Dream Lips.

PERFECT SKIM | Jedyny błyszczykowy wyjątek to już niezmiennie od ponad roku Perfect Skim - utleniający się błyszczyk, delikatnie podbijający kolor ust. W ostatnim czasie błyszczyki jakoś zupełnie mnie zniechęcały, ale taki efekt bardzo naturalnych zaróżowionych ust wprost uwielbiam. Błyszczyk mam z jakiegoś beauty boxa, ale jak mi się skończy będę celować w produkt innej marki, Catrice miało kiedyś coś podobnego.

GOLDEN ROSE LIQUID MATTE | Ten rok należał do matowych pomadek Golden Rose, oczywiście tych w płynnie. Stara dobra seria Velvet Matte też była przeze mnie często używana (uwielbiam nr 02), ale nowe pomadki w płynie zauroczyły chyba nie tylko mnie. Nie mogłam oprzeć się dziwacznej 10 (którą lubię od czasu do czasu, bo choć świetna to trudna), ubóstwiam piękny brudny róż 03, a ostatnio odkryłam ciepły beż nr 11. Nowe kolory też są świetne, właśnie dokupiłam nudziaka z numerkiem 13. Te pomadki są faktycznie matowe, bardzo długotrwałe, ale też nie przesadnie wysuszające. Poza pięknymi odcieniami kusi też przyjazna cena niecałych 20zł.

NYX LIQUID SUEDE | Bardzo ucieszył mnie fakt pojawienia się Nyxa w Polsce, przez jakiś czas był także w Krakowie (szkoda, że nie na stałe...) i udało mi się kupić kilka fajnych rzeczy. Odkryciem okazały się pomadki Liquid Suede, które dają wyjątkowe wykończenie na ustach. Powoli zastygają do matu. Uwielbiam odcień Soft-Spoken, taki brudny, różowo-beżowy kolor, mocno przykurzony. Wiem, że na tym jednym się nie skończy ;).

AVON MATOWE POMADKI | Odkrycie 2016 roku to matowe pomadki Avon! Nigdy nie spodziewałabym się po Avonie tak dobrego produktu. Zaczęło się od jednej sztuki, ale szybko zamówiłam kolejne, tym bardziej że w promocji można dorwać je za 10zł. Pomadki mają lekką, jakby musową, jedwabistą formułę, nie są tak tępe jak większość ich matowych koleżanek. Najlepsze, że przy tym dają 100% matu i świetnie się noszą. Nie polecam tylko najjaśniejszych kolorów, te lubię się nierównomiernie nakładać, ale wszystkie ciemne i pośrednie są super.


W kategorii cieni nie szalałam specjalnie. Zerknijcie, więc na starych dobrych ulubieńców z Makeup Revolution, Makeup Geek i Inglota.

MAKEUP GEEK | Cienie MUG to jedne z najlepszych cieni jakich używałam. Nasycone, wręcz kremowe w konsystencji. Są dużo lepsze niż Inglot czy Zoeva. Szczególnie piękne są te z duochromowej kolekcji, mienią się na więcej niż jeden kolor (ale foliowa seria też jest boska).

MAKEUP REVOLUTION I HEART CHOCOLATE | Marka Makeup Revolution nadal pozostaje w czołówce moich ulubionych marek makijażowych. Moim zdaniem idzie zgodnie z trendami, szybko wychwytuje co jest aktualnie na czasie, a przy tym oferuje niskie ceny co jest oczywiście świetne (minus dostaje tylko za zbyt mocne "inspirowanie" się znanymi markami). Do moich ulubionych palet należą 'czekoladki', dwie ciemne, biała i karmelowa. Używam ich bardzo często i szczerze mówiąc chyba nawet wolę od Zoevy!

INGLOT PIGMENTY | Jestem wielką fanką cieni sypkich i pigmentów, szczególnie połysykujących i opalizujących z drobinkami. Bardzo lubię pigmenty MACa, mam ich kilka ale głównie miniatury, w których jest mały wybór (niestety cena za pełny wymiar zabija) - mimo to warto inwestować w takie odcienie jak Vanilla czy Naked. Wracając jednak do Inglota, ich błyszczący pigmenty to pozycja obowiązkowa dla wszystkich, którzy lubią błyszczące, niecodzienne makijaże. Teraz weszło znów kilka nowych odcieni, które strasznie kuszą!

ZOEVA EYELINER W ŻELU | 2016 rok należał do eyelinerów w pisaku, ale nie znalazłam ideału wśród wielu wypróbowanych linerów... Dlatego wyróżnienie trafia po raz kolejny do żelowych eyelinerów Zoevy, za maślaną konsystencję i wysoką pigmentację. Szczególnie polecam bordowy i ciemno niebieski, boskie <3.


MAKEUP REVOLUTION Paleta do brwi | Sprawdziłam również sporo produktów do brwi, pomady Freedom, różne pudry, paletki, ale nadal najczęściej sięgam po taką większą paletę od MUR. Niestety jest praktycznie nie do dostania, nie wiem dlaczego ale dostępne są pozostałe wersje kolorystyczne, a mojej "dark to black" nie ma nigdzie.

EVELINE SERUM DO RZĘS 3w1 | Na pewno znacie ten produkt - serum do rzęs Eveline, które genialnie sprawdza się w roli bazy pod tusz :). Zazwyczaj większość typowych baz wygląda pod tuszem tak średnio, a to serum naprawdę bez zarzutu. Nie skleja, nie powoduje efektu owadzich nóżek, za to wzmacnia efekt tuszu. Nawet z moich średnio efektownych rzęs potrafi dużo wyciągnąć.

L'OREAL FELINE NOIR | Moje tuszowe hity do Masterpiece Max od Max Factor i Lash Sensational od Maybelline. Do nich w minionym roku dołączył także Feline Noir od L'Oreal. Fajna szczoteczka, mocno podkreśla i nie skleja!

L'OREAL BROW ARTIST PLUMPER | Żel do podkreślania brwi z L'Oreala sprawdził się najlepiej ze wszystkich podobnych żeli utrwalających, które sprawdzałam. Bezbarwny, ze śmieszną małą (ale poręczną) szczoteczką naprawdę utrwala włoski. Polecam :).


INGLOT DURALINE & MY SECRET EYESHADOW GEL BASE | Z dodatkowych makijażowych wspomagaczy nie mogę nie wspomnieć o kultowym płynie Duraline z Inglota i nowej żelowej bazie My Secret. Pierwszy jest idealny do mieszania z cieniami i pigmentami, można malować nim kreski i generalnie zamieniać dowolnie formułę sypką w płynną. Poratuje też zaschnięty eyeliner. Z kolei żelowa baza to bardzo dobry produkt pod brokaty, sypkie cienie, pyłki itp.

W kategorii paznokci królowały lakiery hybrydowe z małymi przerwami na klasyczne. Najczęściej wybierałam Semilaca, ale pojawił się u mnie też NeoNail, Claresa, hybrydy z aliexpress i ostatnio NCNails. 2016 rok minął pod hasłem pyłków, kameleonów i innych efektów. Oprócz klasycznej syrenki, którą lubiłam latem, zauroczyła mnie też wersja Pink, efekt holo i Metal Manix Chameleon, wszystkie z Indigo. Z kolei w przypadku tradycyjnych lakierów hitem jest u mnie Insta-Dri od Sally Hansen. To już kolejna butelka tego świetnego wysuszacza, który utwardza lakiery ekspresowo.


Moimi ulubionymi zapachami były: różany Chloe Roses de Chloe (ulubiony na wiosnę i ogólnie na co dzień), orientalny Shalimar od Guerlain (cudowny ale i bardzo oryginalny, ciężki, kadzidlany zapach) oraz Tendre Jasmin Yves Rocher (dzięki któremu trochę się uspokoiłam w mojej fazie na wszystko co jaśminowe).

Czasem wracałam też do L de Lolita Lempicka (słonawy słodziak), Love Spell z Victoria's Secret (mój ulubiony wakacyjny zapach) czy Rose Oud z Yves Rocher (kadzidlana "kościelna" róża). Chętnie sięgałam po lekkie kwiatowe wody toaletowe od Yves Rocher - Un Matin Au Jardin - różę, werbenę i konwalię. Zresztą bardzo lubię zapachy tej marki. "Niestety" w ubiegłym roku odkryłam perfumerie niszowe i komercyjne zapachy stopniowo zaczynają mi się podobać coraz mniej, a nisza to już inna półka cenowa, najczęściej będąca poza moim zasięgiem cenowym ;). Perfumy to kolejna kategoria, którą uwielbiam i chciałabym pisać o niej częściej, ale mam małą wiedzę na temat nut zapachowych, więc nie często o nich piszę nie chcąc bredzić na tematy, na których słabo się znam.


Dajcie znać co z moich ulubieńców znacie lub macie, co Wam się spodobało a co nie. Jeśli macie swoje typy w tych kategoriach to również dajcie znać, może dzięki Wam uda mi się poznać coś jeszcze lepszego.