niedziela, 18 października 2020

❤ beGLOSSY Coral Essence ❤

   Wrześniowe pudełko beGlossy to edycja Coral Essence, w której motywem przewodnim została podobna kolorystyka. W boxie mogliśmy znaleźć siedem produktów, a wśród nich coś z kolorówki, coś z pielęgnacji ciała i twarzy, ale też nie zapomniano o włosach. Pudełko wypadło całkiem fajnie, część kosmetyków udało mi się wypróbować, więc opowiem Wam o nich co nieco. Mnie jak zawsze najbardziej ucieszyła obecność kosmetyków do makijażu, szczególnie że znalazło się coś do ust!


AA Żel do mycia ciała Dynia & Jaśmin | To mój drugi żel AA z serii Super Fruits & Herbs. Jak tylko pojawiły się w sprzedaży to od razu mnie zaciekawiły nietypowymi połączeniami zapachowymi. Za pierwszym razem skusiłam się na duet lawenda + figa, a teraz otrzymaliśmy równie niepospolity mix dyni i jaśminu. Pachnie przyjemnie, ale nastawiałam się na mocniej wyczuwalną dynię, tymczasem dla mnie to raczej miły kwiatowy zapach bez szaleństw. Sam żel w porządku, dobrze się pieni i nie wysusza skóry.

GLAZEL VISAGE Cień sypki | Pigmenty i cienie sypkie to zdecydowanie moja działka :). W pudełku znalazł się cień z serii Glamour w bardzo ładnym, dziennym kolorze. Moim zdaniem to typowy rozświetlający odcień wanilii / jasnego beżu, totalnie uniwersalny. Chyba najczęściej używany przeze mnie odcień to szybkich makijaży, więc na pewno się u mnie nie zmarnuje.

LIRENE Rajstopy w sprayu | Z rajstopami w sprayu znam się nie od dziś. Teraz mi się nie przydadzą, ale w letnich miesiącach są przydatne na większe wyjścia lub jako koło ratunkowe kiedy mamy problem z niejednolitym kolorem nóg, pajączkami czy choćby siniakami. Mnie takie rajstopy i samoopalacz potrafiły poratować też kiedy niedokładnie posmarowałam się filtrem UV i opalenizna były bardzo nierówna.

GLISS Split Ends Miracle | Mamy również odżywkę z popularnej teraz serii do zniszczonych końcówek. Lubię odżywki ze Schwarzkopfa, przypomniałam sobie że kiedyś bardzo często używałam kokosowej (miała super zapach). Nie podoba mi się hasło reklamowe ze "sklejaniem" rozdwojonych końcówek, bo moim zdaniem wprowadza w błąd, aczkolwiek odżywka sama w sobie jest w porządku.

MAYBELLINE Błyszczyk Lifter Gloss | Produkt do ust to nowość rynkowa, błyszczyk Lifter Gloss od Maybelline. Pierwsze wrażenia bardzo pozytywne, błyszczyk zapowiada się naprawdę super! Przede wszystkim konsystencja, gęsta ale jednocześnie nie klejąca, jakby żelowa. Bardzo mi odpowiada, co rzadko mi się zdarza w przypadku błyszczyków. Odcień, który nie znika na ustach - super. Mam odcień Stone, to taki karmelowy beż bez dodatku żadnych drobinek. Pachnie bardzo przyjemnie, apetycznie. Póki co naprawdę super, jak mi się sprawdzi na dłuższą metę to dokupię jeszcze jakiś bardziej różowy kolor (niestety aktualna promocja w Rossmannie nie wchodzi na te błyszczyki, a nie są szczególnie tanie - ponad 40zł).

BIODERMIC Serum kolagenowe | Ultralekkie, nawilżające serum w saszetce. Pozostawia skórę wygładzoną, lekko napiętą, podobnie jak np. po serum hialuronowym albo żelu aloesowym. Ma postać lekkiego, przezroczystego żelu i całkiem ładnie pachnie, moim zdaniem lekko różanie. Myślę, że będzie idealne pod krem na noc.

MARION Maseczka Golden Skin | Maseczkę odmładzającą na razie zostawiłam sobie na jakąś okazję. Jest to maska w postaci hydrożelowego płata, lubię tę formę :).


Ambasadorki beGlossy otrzymały dodatkowo nietypowy produkt od Sesdermy. Jest to żel do higienizacji dłoni, do stosowania już po użyciu preparatu do dezynfekcji lub po umyciu rąk. Nie za bardzo wiedziałam jakie ma mieć działanie, bo w składzie ma wysoko alkohol, a jednocześnie nie jest typowym żelem do dezynfekcji. Po wypróbowaniu potwierdzam, że jednak ma działanie nawilżające, więc myślę że jest to coś jak połączenie kremu do rąk i dodatkowej ochrony w ramach dezynfekcji.





środa, 7 października 2020

La Martina ADIOS PAMPAMIA MUJER

    Z początkiem września naszła mnie ochota na jakieś nowe perfumy na jesień i tym sposobem padło na Adios Pampamia Mujer, do których przymierzałam się już jakiś czas. Był to totalny blind buy, bo zapachu nie miałam jak wcześniej przetestować. Są to perfumy argentyńskiej marki La Martina, którą pewnie tylko nieliczni będą kojarzyć. Marka jest u nas raczej niezbyt popularna, choć zdarzyło mi się natknąć na nią gdzieś w drogerii (jakiś czas temu widziałam męskie perfumy w Rossmannie). Adios Pampamia Mujer skusiły mnie oczywiście dzięki recenzjom, w których opisywano je jako bardzo nietypowe, łączące ze sobą pozornie niepasujące do siebie nuty. A w nutach właśnie znajdziemy orzechy, wanilię, kadzidło, irysa, nuty drzewne oraz zielone. Z takim połączeniem się jeszcze nie spotkałam, ale ostatecznie przekonały mnie orzechy, które przecież na jesień powinny być jak znalazł. I nie zawiodłam się tym razem.


   Adios Pampamia Mujer to naprawdę oryginalny zapach, nie znam niczego podobnego i nawet nie jestem w stanie przyrównać ich do jakichkolwiek innych perfum. Przede wszystkich jest to zapach mocno drzewny, ale właśnie z nutą świeżych orzechów. W pierwszych minutach pachnie wręcz trochę ostro (pieprz?) i mam wrażenie, że gdyby taki pozostał mógłby być dobrym unisexem. Jednak z czasem łagodnieje, jest w nim troszkę słodyczy, pewnie za sprawą wanilii. Staje się bardziej ciepły, słodszy, nieco pudrowy (w końcu mamy także irysa). Czuję w tej kompozycji coś roślinnego, zielonego, ale moje skojarzenia idą raczej w stronę wspomnianych świeżych orzechów niż trawy czy łodyg/liści. Myślę, że gdybym nie przeczytała wcześniej spisu nut to nie byłabym w stanie ich rozpoznać, bo zapach tworzy spójną całość, poszczególne nuty nie są moim zdaniem łatwe do wyodrębnienia. 

   To zapach pełen sprzeczności, jest jednocześnie drzewny i pudrowy, waniliowy i roślinny, ma w sobie coś ostrego i uniseksowego, a przy tym ciepłego, słodkiego i łagodnego. Bardzo oryginalne perfumy, przede wszystkim właśnie drzewne. Podobają mi się, są zaskakujące i charakterystyczne. Nie polecam ich jednak np. na prezent, bo to nie jest uniwersalny zapach, który spodoba się każdemu. Domyślam się, że może budzić skrajne odczucia.


   Najlepsze jest jednak to, że to zapach w z gatunku dobrych, ale też stosunkowo niedrogich (mniej niż 100zł). Z kolei problem pojawia się z dostępnością, myślę że stacjonarnie jest prawie niemożliwy do zdobycia. Ja kupowałam tradycyjnie na Notino, pod tym linkiem: Adios Pampamia Mujer. Na Notino ten zapach jest prawie stale, aktualnie w cenie 85zł / 30ml. 

   Nie zawsze zakupy perfum w ciemno są udane, ale tym razem opłacało się zaryzykować, bo zapach przypadł mi do gustu i jest idealny na jesienną pogodę. Ostatnio też ciągnie mnie do drzewnych perfum, więc trochę zaspokoiłam to "chciejstwo". Na minus oceniłabym jedynie projekcję zapachu. W otwarciu, zaraz po aplikacji, pachnie naprawdę intensywnie, ale po czasie wyczuwalny jest jedynie z bliska. Dla mnie nie jest to duża wada, bo nie muszę się bardzo narzucać zapachem, ale z drugiej strony Adios Pampamia Mujer są na tyle ciekawe, że aż chciałoby się aby mogli poczuć je też inni :).



niedziela, 4 października 2020

MY SECRET DUO CHROME (vs TURBOPIGMENTY)

  Turbopigmentów z Glam-shopu chyba nie trzeba nikomu przedstawiać. Przypuszczam, że znają je wszyscy, którzy kochają błysk w makijażu. Te cienie o intensywnym, wielowymiarowym połysku są oczywiście świetne i bardzo je polecam, ale bardzo podobne cienie, o praktycznie identycznej formule ma w swojej ofercie My Secret. Duo Chrome Eyeshadow mają co prawda znacznie mniej odcieni do wyboru (wielka szkoda), ale za to często można dostać je w lepszej cenie niż turboty (które kosztują 20-25zł). W Drogeriach Natura cienie My Secret kosztują19,99zł, ale często są na nie promocje - ja kupiłam je po 9,99zł za sztukę, tanioszka! Cienie Duo Chrome są naprawdę prześwietne, pięknie się mienią i na pewno dokupię sobie jeszcze jakieś kolory. I podobieństwo do słynnych turbopigmentów jest ogromne :).

   
Poniżej możecie zobaczyć zestawienie: na górze w większych opakowaniach są Duo Chrome od MS, poniżej w postaci wkładów turbopigmenty. Cienie My Secret mają 3g, a Turbopigmenty 1,8g. Na pierwszy rzut oka podobieństwo jest uderzające - ta sama mocno mieniąca się powierzchnia wyglądająca jak grubo zmielony i sprasowany błyszczący proszek. W dotyku cienie również są bardzo zbliżone, cienie My Secret może odrobinę bardziej miękkie, kremowe. Efekt na skórze/oku moim zdaniem niezwykle podobny, jak cienie z tej samej serii. Jedne i drugie cienie bosko się mienią na różne odcienie.

Z My Secret mam odcień Magic nr 02 - jasny, delikatny kolor, ale bardzo nietypowy. Ma w sobie coś z szarości, coś z beżu i coś z różu. Bardzo oryginalny, naprawdę ładny! Drugi cień to Wizzard nr 04 - to już prawdziwa magia, niebiesko-zielony, ale pod kątem fioletowy odcień.



   Jeśli jeszcze ich nie znacie, a też lubicie błysk w makijażu to szczerze polecam, to jedne z najładniejszych iskrzących, wielowymiarowych cieni do oczu. I polecam tak naprawdę zarówno My Secret, które można kupić tanio jak i Turbopigmenty, które z kolei mają mnóstwo pięknych, nietypowych odcieni.




środa, 16 września 2020

beGLOSSY Tropical Island 🌺

    Ostatnia edycja beGlossy - Tropical Island to jeszcze zdecydowanie letnie klimaty, co już widać po samym pudełku (oczywiście zostawiam je sobie na drobiazgi!). W tej edycji mamy mix kosmetyków pielęgnacyjnych i do makijażu: maseczki, kremy, coś do włosów i paznokci. W dużej mierze zawartość została już przeze mnie przetestowana :). Moim zdaniem pudełko na plus, a do tego sporo pełnowymiarowych kosmetyków.


AA Hydro Sorbet Korean Formula | Blue Bomb to krem silnie nawilżający od AA. Jest to pełnowymiarowy krem (50ml - całkiem sporo) w śmiesznym opakowaniu w formie niebieskiej kuli. Ma lekką formułę, coś pomiędzy żelem a kremem. Bardzo szybko się wchłania i faktycznie bardzo dobrze nawilża (a przy tym nie zapycha, uff). Sprawdził się u mnie zarówno na noc jak i pod makijaż. Pierwsze wrażenia pozytywne!

GLISS Szampon Split Ends Miracle | Produkt pełnowymiarowy i jednocześnie nowość rynkowa czyli szampon Schwarzkopf przeznaczony do włosów zniszczonych i z rozdwojonymi końcówkami. Jeszcze go nie zdążyłam wypróbować, ale szampony tej marki z reguły sprawdzają się u mnie dość dobrze. 

AA Wings of Color Eyeliner | W pudełku znalazł się także eyeliner od AA. Byłam przekonana, że to czarny eyeliner, ale okazało się, że odcień jest nieco nietypowy, bo granatowy/kobaltowy. Bardzo lubię kreski w takim kolorze, do brązowych tęczówek wyglądają bardzo fajnie, jednak sama formuła eyelinera nieco mnie rozczarowała. Nie jest źle, ale liczyłam na mocniejszą pigmentację, więc akurat w przypadku tego produktu mam nieco mieszane odczucia.

MARION Maski na tkaninie | Maseczki zawsze mnie cieszą, a już szczególnie te w formie płachty. Tym razem można przetestować dwie maski od Marion: Efekt Motyla (maska nawilżająco-kojąca) i Koci Zmysł (odświeżająco-odmładzająca). Marion to marka, którą słabo znam, więc tym bardziej na plus.

DELIA Lakier do paznokci | W letnim klimacie lakier do paznokci - nie wiem jakie były inne kolory, ale z tego co widziałam raczej letnie, żywe (widziałam jasny fiolet i malinę). W moim pudełku znalazł się lakier w koralowo-pomarańczowym kolorze.

CONCERTINO Antybakteryjny krem do rąk | Przypuszczam, że z myślą o obecnej sytuacji: krem do rąk o właściwościach antybakteryjnych. Dedykowany skórze suchej, więc powinien być dobry na dłonie przesuszone po ciągłym używaniu środków do dezynfekcji. Ja już go wypróbowałam - ładnie nawilża, ale nie jest tłusty. Ma przyjemny, lekki, kosmetyczny zapach.

CANNABIGOLD Smart | Jako prezent kapsułki (10 sztuk) CannabiGold - suplement z olejem z ekstraktem z konopi włóknistych. 


środa, 2 września 2020

MAYBELLINE Super Stay MATTE INK

    O pomadkach Maybelline Matte Ink słyszał chyba każdy, kto kiedyś rozglądał się za super trwałą matową pomadką. Jedni je uwielbiają, inni nienawidzą, ale to zdecydowanie te pozytywne opinie przeważają. Na jakiś czas zapomniałam o tych pomadkach, ale przypomniałam sobie o nich niedawno na nowo, bo potrzebowałam czegoś co przetrwa nawet pod maseczką bez obaw o rozmazywanie. I tak, Matte Ink dają radę! Uwielbiam te pomadki, naprawdę mało który produkt do ust jest aż tak trwały jak Matte Ink. U mnie wytrzymują dosłownie cały dzień, w tym noszenie maseczki, jedzenie i picie. Pod koniec dnia kolor jest tylko lekko starty, ale nigdy nie rozmazany. 


PLUSY: Mega trwałość 10/10. To jak wspomniałam trwałość właściwie całodzienna. Świetnie się sprawdzają na różne okazje, albo po prostu w sytuacjach gdzie np. nie ma czasu na poprawki jak często u mnie w pracy. Dodam też, że nawet jeśli pomadka zaczyna się lekko wycierać to nigdy nie ma sytuacji z wykruszaniem się pomadki. Wielką zaletą jest także pigmentacja, bo każda z pomadek ma bardzo nasycony pigment, nawet te jasne odcienie. Zawsze wystarcza mi cienka warstwa i pomadka wygląda po prostu bardzo dobrze na ustach. Matte Ink są wyczuwalne na ustach, pozostawiają minimalnie lepką warstwę, ale dzięki temu są bardziej komfortowe w noszeniu, bo nie robią efektu skorupy. Na plus także wygodny aplikator i przystępna cena. 

WADY: Matte Ink są tak trwałe, że zwyczajnie ciężko je zmyć ;). Polecam domywać czymś tłustym, olejkiem albo płynem dwufazowym do demakijażu. Dla niektórych wadą może być fakt, że to takie cięższe pomadki, wyczuwalne na ustach, zastygające, ale coś za coś - dzięki temu są trwałe. Trochę wysuszają usta, ale nie ma tragedii.



Póki co posiadam trzy odcienie pomadek, ale pewnie dokupię jeszcze jakieś kolory. Najjaśniejszy z moich Matte Ink to 10 Dreamer - delikatny, łososiowy róż. Obawiałam się, że będzie za jasny dla mnie, ale okazał się całkiem fajnym dziennym odcieniem. Kolejny to 30 Romantic - nasycona, bardzo intensywna fuksja. Ten kolor robi za cały makijaż :). Niestety na moich zdjęciach wyszedł niekorzystnie, jakoś delikatniej i zbyt ciepło. W rzeczywistości to intensywny róż bez domieszki czerwieni/koralu. Ostatni, najmniej trafiony kolor to 95 Visionary - szaro-brązowo-fioletowy, dość ciemny kolor. Kupiłam go, bo wydawał się fajny, nietypowy, ale niestety kompletnie nie pasuje mi taki odcień.



   Jeśli nie lubicie Matte Ink to polecam sprawdzić Ink Crayon Maybelline w formie kredek-sztyftu. One też są bardzo trwałe, ale mają bardziej kremową konsystencję (to nie są pomadki płynne zastygające). Nie wytrzymają może aż tylu godzin co Matte Ink, jednak są po prostu delikatniejsze, bardziej komfortowe w noszeniu. Jeśli zaś chodzi o nasze Matte Ink to przy jaśniejszych odcieniach lepiej wyglądają rozklepane palcem przy wewnętrznej krawędzi ust. Do jasnych kolorów wolę też używać konturówki w zbliżonym, ale lekko ciemniejszym odcieniu.


   Matte Ink można kupić bez problemu w większości drogerii, najlepiej szukać na promocjach. Ja swoje zamawiałam na Notino (tutaj: Maybelline Super Stay Matte Ink), bo po prostu dorzucałam je do innych zakupów perfumowych, a Notino też ma je w dobrej cenie i jest większy wybór kolorów niż w niektórych drogeriach. Polecam jeśli szukacie naprawdę trwałej pomadki i lubicie pomadki płynne, zastygające :).

poniedziałek, 31 sierpnia 2020

LALIQUE Satine

    Od jakiegoś czasu szukałam dla siebie perfum na co dzień, najlepiej z kategorii pudrowej lub słodkiej. Tak trafiłam na Satine od Lalique. Zapach uniwersalny, pasujący do wielu okazji, ale jednocześnie nie zakrawający o banał. Przyznaję się, że był to blind buy, bo Satine kupiłam zupełnie w ciemno, jedynie na podstawie spisu nut i recenzji. Czułam jednak, że pewnie będzie to dobry traf, bo perfumy Lalique bardzo sobie cenię, choć każdy jest zupełnie inny. Nie pomyliłam się, bo zapach od razu bardzo przypadł mi do gustu. Jak pachną Satine? Na pewno waniliowo, gładko, kremowo, pudrowo, trochę słodko i może właśnie... satynowo. Moim zdaniem nazwa idealnie oddaje charakter tego zapachu. Jest łagodnie, delikatnie i kobieco, ale nie bez wyrazu.


   W piramidzie nut znajdziemy takie składniki jak wanilia, tonka, drzewo sandałowe, heliotrop. To one odpowiadają za charakter zapachu. Pozostałe nuty to gardenia, pieprz, paczula czy jaśmin. Otwarcie zapachu czyli moment zaraz po aplikacji wcale nie zapowiada dużej dawki łagodności, a wręcz przeciwnie - mocno czuć paczulę, a zapach wydaje się dosyć ciężki i może nawet nieco męski w brzmieniu. Pierwsze wrażenie jednak szybko mija i zapach nabiera delikatności. Mocno czuję w nim wanilię, ale nie jest to zapach stricte waniliowy. Ja określam go jako pudrowo-słodki, bo moim zdaniem balansuje właśnie pomiędzy tymi dwoma określeniami. Chociaż Satine to perfumy, które kojarzą się łagodnie i kobieco to nie jest to typowy lekki, rześki czy owocowy zapach. Myślę, że dla niektórych osób może wydać się nawet nieco ciężki. Dla mnie to kompozycja na co dzień i na wieczór, piękna i uniwersalna, ale jednocześnie w innym wydaniu niż większość popularnych teraz perfum. I chociaż Satine mają w sobie sporo słodyczy (w końcu dominuje w nich wanilia i tonka) to nie są typowym tak zwanym "ulepkiem". Moim zdaniem to zapach warty poznania jeśli gustujecie w pudrowych lub pudrowo-słodkich kompozycjach. Flakonik może trochę niepozorny, ale uroczy.


   Po raz kolejny marka Lalique pozytywnie mnie zaskoczyła. Trochę się dziwię, że nie jest wcale mocno popularna, bo ma naprawdę piękne zapachy, ale z drugiej strony może to dobrze - w końcu nie pachnie nimi co druga osoba ;). Tradycyjnie kupowałam na Notino, tutaj macie link: do perfum Lalique, a tu - do samych Satine Lalique. Najlepsze jest to, że Satine to dosyć niedrogi zapach, bo 30ml można dostać poniżej stówki!