środa, 15 sierpnia 2018

MAKEUP REVOLUTION: Mini Chocolate Palettes

   Jedną z ciekawszych i dobrze przemyślanych nowości od Makeup Revolution są moim zdaniem mini wersje czekoladowych palet cieni. Jestem wielką fanką ich czekoladowych paletek w klasycznym rozmiarze, już odkąd Revolution wprowadziło je jeszcze w początkach istnienia marki. Zawsze uważałam, że mają dobrą jakość i fajną cenę, a do tego te słodkie opakowania :). Wersje mini to strzał w dziesiątkę - mają tę samą niezłą pigmentację, a do tego są idealne do zabrania na wszelkie wyjazdy. Do niedawna brakowało mi dobrej mini palety z lusterkiem, którą mogłabym zabrać w podróż, ale te mini paletki już ze mną ostatnio wyjeżdżały i sprawdziły się w sam raz!


   Mam dwie wersje mini czekoladek: Rose Gold oraz Nudes. Obydwie paletki mają raczej neutralną kolorystykę, choć nie są stricte beżowo-brązowe. Powiem szczerze, że bardzo lubię obie wersje, z tym że Nudes uważam za bardziej dzienną i uniwersalną. Każda z paletek to osiem cieni - dwóch większych i sześciu nieco mniejszych.

   Jak wspomniałam, paletki mają przyzwoitą pigmentację, która może nie powala na kolana, ale jest bardzo dobra i w moim odczuciu zupełnie wystarczająca do wszelakich makijaży, zwłaszcza dziennych. Najlepiej wypadają cienie błyszczące, maty są troszkę słabsze, ale też dają radę i nie są nieprzyjemnie suche/kredowe. Cienie z połyskiem różnią się miedzy sobą: niektóre to delikatne perły, inne są bardziej iskrzące.



Po lewej stronie widzicie swatche paletki Nudes. To typowo ciepła, uniwersalna paleta, w sam raz do lekkich i średnio mocnych makijaży. Mamy w niej dwa większe rozświetlające cienie: wanilię i jasne złoto. Pozostałe cienie to mix matów i błyszczących cieni: dwa matowe ciepłe brązy, koralowy mat, błyszcząca miedź i bordo i piękny roziskrzony, drobinkowy cień w szampańskim kolorze.

   Po prawej druga paletka - Rose Gold. Ta wersja jest już trochę bardziej specyficzna i również zawiera w przewadze ciepłe kolory cieni. Dwa większe cienie to błyszczące jasne róże: chłodniejszy i bardziej brzoskwiniowy. Poza tym znajdziemy w niej same cienie matowe: brąz, chłodny odcień wpadający w fiolet, musztardę, bordo, łosoś i brudny róż.

 
   Powyżej możecie zobaczyć makijaż z użyciem tych palet (na środku powieki roziskrzony cień z paletki Nudes), ale używałam w nim także oczywiście czarnego eyelinera. Cieniami pracuje się przyjemnie, chociaż to nie jest taki poziom pigmentacji jak np. w paletkach Affect, ale to chyba oczywiste. W swojej kategorii cenowej (20-30zł) są naprawdę okej i mają urocze opakowania <3.

   Minusy? Szczerze mówiąc ja do każdej paletki włożyłam matowy, jasnobeżowy cień. Taki odcień to podstawa i fajnie byłoby mieć go od razu pod ręką. O ile w wersji Nudes bardzo mi go nie brakuje, bo mamy rozświetlający bardzo jasny, waniliowy odcień, to już w Rose Gold nie ma takiego cienia i trzeba się wspomagać inną paletą lub cieniem.


poniedziałek, 13 sierpnia 2018

☀️ NOTINO SUMMER BOX ☀️

   Ostatnio trafił do mnie trochę inny beauty box, bo stworzony przez iperfumy.pl. Tę perfumerię/drogerię internetową na pewno większość z Was już dobrze zna. Notino Summer Box pierwsze takie pudełko, z pewnością zupełnie inne pudełko od konkurencyjnych - ukazało się jednorazowo i jak się domyślacie pojawiły się w nim zdecydowanie inne marki niż w popularnych beauty boxach. Postawiono w nim typowo na próbki, miniaturki, co być może niektórych zniechęca, bo produktu nie jest dużo, ale ma to swój plus - zawartość naprawdę miała szansę sprawdzić się w wyjazdowej, letniej kosmetyczce ;). Nie wiem jak Wy, ale ja na wyjazdach zawsze stawiam właśnie na próbki, bo niewiele ważą.


   Notino Summer Box to w sumie 17 sztuk różnych produktów do pielęgnacji. Co wylądowało w środku? Tak jak wspomniałam są to przede wszystkim próbki i miniatury, ale nie byle jakie - postawiono na fajne marki, nowości bądź bestsellery. W pudełku znalazły się próbki trzech zapachów od Calvina Kleina: Obsessed dla kobiet i mężczyzn oraz unisex CK One. Generalnie CK to nie moje klimaty, ale trzeba przyznać, że wielu osobom się podobają i są świeże, a więc dobre na lato. Pełnowymiarowym kosmetykiem w boxie jest myjący mus do ciała Nivea Silk Mousse Raspberry. Poza nim pędzel do podkładu BrushArt. Kolejno mamy próbki z kolorówki i pielęgnacji: trzy saszetki od Lancome, serum Advanced Genifique, podkład Teint Miracle oraz krem korygujący Visionnaire. Pojawiła się również koreańska maseczka w płachcie marki Korika (maseczki zawsze na tak!). Z tej samej marki śmieszna nawilżająca maseczka do ust.


   Niektóre z produktów to miniaturki, które wystarczą spokojnie na kilka aplikacji np. hialuronowy booster Vichy Mineral 89 i matujący krem-żel SPF50 La Roche-Posay. Obydwa produkty mam również w wersji pełnowymiarowej i dobrze je znam - szczególnie krem z filtrem to mój mały hit, ale lekkie serum Vichy jest również fajnym uzupełnieniem pielęgnacji. W saszetkach otrzymaliśmy stosunkowo nowe próbki peelingów L'Oreal Smooth Sugars. Powiem Wam, że te peelingi również znam i używam - bardzo sobie je chwalę. W niewielkiej tubce znalazł się poręczny krem do rąk SpiriTime Fruity Time, myślę że dla większości nieznany produkt. Notino pomyślało również o zębach i dorzuciło mini pastę wybielającą MediBlanc. Na wyjazd przydałaby mi się idealnie. Miniaturowy jest także szampon do włosów Bioderma Node (z początku myślałam, że to dezodorant).


   Zestaw zdecydowanie przemyślany! Zdecydowanie mogłabym cały wrzucić do wyjazdowej kosmetyczki i wszystko na pewno przydałoby mi się (może oprócz pędzla?). Jest coś do mycia ciała, filtr przeciwsłoneczny, serum hialuronowe, próbka podkładu, mini pasta do zębów, maseczka, perfumy, peeling - myślę, że wszystko trafnie dobrane. Pudełko z tego co mi wiadomo kosztowało w granicach 80zł i w jego skład wchodziła również płócienna spora torba plażowa. Niestety z tego co widzę na chwilę obecną jest wyprzedane. Czy warto? To zależy czy za taką kwotę wolicie kupić jedną konkretną rzecz czy mieć możliwość wypróbowania przeróżnych produktów w mini wersjach.

czwartek, 9 sierpnia 2018

MOLLON MONOPHASE: kolekcja hybrydowa LOVE IN PARIS

Stosujecie lakiery hybrydowe monofazowe? Są to lakiery 3w1, które nie wymagają już użycia bazy ani top coatu, a na dodatek nie posiadają warstwy dyspersyjnej, więc nie trzeba ich nawet przemywać na koniec. To oczywiście znacznie skraca czas całego zabiegu co docenią osoby, dla których manicure hybrydowy trwa po prostu zbyt długo. Czy jednak monofazowe lakiery dorównują standardowym lakierom hybrydowym... o tym za moment :). Marka Mollon niedawno wprowadziła do sprzedaży nową kolekcję lakierów Monophase - Love in Paris, którą pokażę Wam dziś z bliska. Seria składa się z sześciu odcieni, w przewadze klasycznych, stosowanych, odpowiednich zarówno na lato jak i na chłodniejsze pory roku.


Moje pierwsze spotkanie z monofazowymi lakierami Mollon (wtedy jeszcze z serii podstawowej) było, łagodnie rzecz ujmując, totalnym niewypałem. Lakier nie chciał się utwardzać, strasznie się marszczył i musiałam trzymać go tak długo pod lampą led, że w efekcie końcowym taki manicure zajął mi znacznie więcej czasu niż standardowa hybryda. Byłam totalnie rozczarowana i rzuciłam te lakiery w kąt. Jakiś czas później wymieniałam swoją starą lampę na nową, mocniejszą lampę led. I jak się okazało wszystkie problemy zniknęły, lakiery monofazowe utwardzają się bez problemów, w czasie takim jaki podaje producent. Nic się nie marszczy, wszystko działa jak należy. Jak się okazuje winna była zbyt słaba lampa, która dawała radę przy zwykłych hybrydach, ale miała problem z utwardzeniem monofazowych. Także jeśli używacie małego ledowego mostka, albo najsłabszej lampy uv to od razu odpuście sobie lakiery monofazowe, bo one potrzebują trochę większej mocy.

W przypadku lakierów monofazowych nie potrzebujemy już bazy ani top coatu. Przygotowujemy płytkę paznokcia jak przed manicurem hybrydowym i od razu aplikujemy kolorowy lakier monofazowy. Utwardzamy go nieco dłużej, bo około 2-3 minuty w lampie led. Druga warstwa koloru i manicure jest gotowy (nie ma nawet warstwy dyspersyjnej). Dobrze też rozpuszcza się w acetonie, łatwo go potem usunąć. Wady? Lakiery monofazowe mają krótszą żywotność na paznokciach niż typowa hybryda. Trwałość to raczej okolice max 10 dni, szybciej tracą również połysk. Są dobrym wyjściem awaryjnym kiedy się spieszymy - już nie raz używałam ich do expresowego pedicure ;).


W skład kolekcji Love in Paris weszło sześć odcieni:

69 CAPTIVATION | klasyczny nude/beż

70 FASCINATION | przybrudzony czerwono-koralowy

71 DESIRE | stłumiony koral

72 SEDUCTION | chłodny, brudny róż

73 LOVE | morski, intensywny turkus

74 LOST IN LOVE | grafit


Lakiery Monophase kosztują 44zł za buteleczkę o pojemności 10ml. Jak widać mają swoje wady i zalety, ale generalnie są dobre do szybkiego manicure. Ja niepotrzebnie z początku skreśliłam je z powodu za słabej lampy, a wystarczyło wymienić sprzęt żeby wszystko było jak należy. Kolekcję Love in Paris dostaniecie na stronie marki Mollon (link). Uzywaliście kiedyś lakierów monofazowych?

poniedziałek, 6 sierpnia 2018

PRZEGLĄD ZAPACHÓW OD ORIFLAME

Na życzenie dziś przegląd kolejnych katalogowych zapachów, tym razem pod lupę wezmę konkurencyjny Oriflame. Moim zdaniem zapachy z Oriflame są zazwyczaj ładniejsze od tych z Avonu, ale jednej reguły nie ma - słabe kompozycje zdarzają się w obydwu markach, podobnie zresztą jak te naprawdę udane. Perfumy z Oriflame są droższe od avonowych i w moim odczuciu pachną również "drożej". Mam wśród nich więcej ulubionych zapachów i rzadziej uderza mnie w nich ta sama tania, nijaka nuta, a niektóre z nich to naprawdę ciekawe propozycje, które mogłyby znaleźć się wśród górnopółkowców! W kategorii tańszych perfum, Oriflame umieściłabym jednak nieco niżej niż bardzo lubiany przeze mnie Yves Rocher.

Ostatnio przetestowałam sporo różnych próbek zapachów z Oriflame, ale mam też kilka pełnowymiarowych flakoników i o dziwo żaden z nich nie leży i się nie kurzy. W Ori znajdziemy dużo bardziej oryginalne kompozycje niż w Avonie, który też oczywiście czasem potrafi zaskoczyć. Podczas próbkowych testów kilka nowych zapachów wpadło mi też w oko :). Żałuję jednak, że nie są to zapachy trwalsze. Nie wiem jak ta kwestia wypada w przypadku cięższych kompozycji na wieczór, bo akurat wszystkie pełnowymiarowe zapachy, które posiadam to raczej lekkie, dzienne wody, ale niestety w ich przypadku trwałość nie powala (niektóre mają wręcz trwałość lekkich mgiełek do ciała, a to wielka szkoda bo pachną naprawdę fajnie).


INCOGNITO | Jako pierwszy zapach, który mocno mnie zaskoczył. Zazwyczaj sam flakon jak i kolor perfum mocno sugerują nam to czego możemy się spodziewać po zapachu. Po "karcianym", dość prostym flakonie Incognito byłam przekonana, że trafię na coś w typie unisex, świeżego, dziennego i "biurowego". Zdecydowanie się pomyliłam, bo Incognito to zupełnie inna bajka - słodki, apetyczny zapach z pralinkami w dolnych nutach! Fajny zapach dla fanek słodkich kwiatowo-owocowych perfum, niezobowiązujący, nieszczególnie oryginalny, ale przyjemny.


AMAZING PARADISE | Ten zapach posiadam w wersji pełnowymiarowej i należy on do moich topowych letnich zapachów. Amazing Paradise nie powstydziłaby się niejedna znana marka, równie dobrze tak mogłaby pachnieć któraś z edycji limitowanych Escady. To typowo owocowa, tropikalna kompozycja, ale czuć również nuty wodne, zielone i kwiatowe, a nawet coś lekko słonawego. Jeśli szukacie na lato mixu tropikalnych owoców, czegoś słodkiego ale nie ulepkowatego, a za to orzeźwiającego, to Amazing Paradise może być dobrym wyborem. Moim zdaniem naprawdę udany zapach!


MYSTERIAL OUD | Dla kontrastu po poprzedniku, zapach który nie trafił w mój gust. Lubię perfumy z nutą drewna agarowego, ale Mysterial Oud pachnie dla mnie jakoś tak zbyt "męsko", ciężko i dusząco. Jest to zdecydowanie zapach z gatunku jesienno-zimowych i choć po nutach zapachowych powinien mi się spodobać to czuję się w nim jak spryskana ciężkimi męskimi perfumami. Z kolei podobne nuty (róża i oud) uwielbiam w Rose Oud od Yves Rocher.


SENSUAL JASMINE | Z tej samej linii posiadam pełnowymiarowy flakonik Sensual Jasmine. Kupiłam go w mojej wielkiej 'fazie' na perfumy jaśminowe i choć spodziewałam się czegoś lepszego to Sensual Jasmine to taki całkiem przyjemny przeciętniaczek na co dzień. Jaśmin w perfumach lubię ciężki, dymny, a w przypadku tego zapachu to taka nieco mydlana mieszanka jaśminu i białych kwiatów. Nie porwał mnie, ale na co dzień, do pracy, może być.


ELVIE FIREFLY | Kolejny przeciętniak od Oriflame czyli Elvie Firefly reklamowany trochę w typie zapachów od Lolity Lempickiej, wróżkowo-elfio-nocny klimat. Zapowiada się ciekawie, ale jest w moim odczuciu mocno pospolity (choć niebrzydki). Taki totalny zwyklak, kwiatowy, lekko różany, niepodobny do niczego i ultra bezpieczny.

LOVELY GARDEN | W tym roku to mój ukochany zapach na wiosnę na lato! Śliczny, rabarbarowo-mleczny! Mocno zielony, z początku intensywnie kwaśny, a z czasem łagodniejszy i bardziej słodki. Bardzo mi się podoba, kupiłam w ciemno po nutach zapachowych, ale trafiłam tym razem idealnie. Rabarbar z mlekiem to świetny, słodko-orzeźwiający duet, który przywodzi na myśl ciasto z rabarbarem. Z reguły nie przepadam za świeżymi, kwaskowatymi zapachami, ale Lovely Garden jest wyjątkiem. Jedną gwiazdkę odejmuję za trwałość, niestety na mnie bardzo mizernie się trzyma... wielka szkoda.



GIORDANI GOLD ORIGINAL | Giordani Gold to chyba najpopularniejsza linia w Oriflame, ale przyznam szczerze, że nigdy mnie do niej nie ciągnęło, ani do kolorówki ani zapachów. Pomyślałam, że jednak warto się przekonać i sprawdziłam Giordani Gold Original. Cóż, dla mnie to kolejny przeciętniak, tym razem cięższy i bardziej wieczorowy. Bazuje na białych kwiatach, paczuli i mchu, jest ciepły, ale dla mnie niestety migrenogenny.


AMBER ELIXIR | Kolejny bardzo ciepły, otulający zapach. Zbiera pozytywne opinie, ale niestety ja się z nim nie polubiłam. Amber Elixir jest ambrowy, drzewny, esencjonalny. Nieco orientalny, klasyczny, ale nie umiem dostrzec w nim uroku, za ktory jest tak lubiany. Mnie niestety przyprawia o ból głowy, odbieram go jako ulepkowato-nijaki zapach niestety.

LOVE POTION SO TEMPTING | Nowy zapach w Oriflame, wariacja na temat Love Potion. So Tempting to również kompozycja z gatunku słodkich ulepków, ale w przeciwieństwie do poprzednika jest dla mnie już do noszenia. Jest tu dużo słodyczy, ale lżejszej i bardziej cukrowej (przywodzi mi na myśl niektóre wytwory playboyowe, ale jest ładniejszy). Pachnie kwiatowo-owocowo, czuję wyraźnie morele, ale już nie wyczuwam miodu, chociaż to typowy słodziak.



POSSESS | W Possess pokładałam spore nadzieje tym bardziej, że to kolejny zapach od Oriflame zbierający świetne opinie. Poza tym przyciągnął mnie flakonem i opisem nut zapachowych. Niestety znów bez zachwytów... Possess opiera się na słodkim ananasie, ylang-ylang i wanilii czyli wszystkich moich ulubionych nutach. Jednak ma w sobie coś co sprawia, że pachnie dla mnie jakoś tak banalnie i bez polotu. Ananas czuję tylko z początku, potem zamienia się w słodki, nijaki mix. Niestety nie dla mnie.


POSSESS THE SECRET | Wariacja na temat Possess - The Secret. I znów mocno średnio, choć w zupełnie innym klimacie. The Secret jest lżejszy, bardziej rześki, wyraźnie jabłkowo-słonecznikowy. Dla mnie to niestety nie jest soczyste jabłko, ale bardziej syntetyczne zielone jabłuszko, potem czuję wspomniany słonecznik, ale całość pachnie mi dosyć syntetycznie, wtórnie, mało ciekawie. Nie mój gust.


MY LITTLE GARDEN | Całkiem przyjemny zapach, na otwarciu owocowo-orzeźwiający, potem mocno konwaliowy. Taki zielony świeżak, nie tak ładny jak Lovely Garden z tej samej serii, ale też przyjemny i wiosenny. Nie powalił mnie na tyle aby skusić się na buteleczkę, ale próbkę można wypróbować jeśli lubicie konwalię w perfumach.


ENIGMA | Ciekawy flakon i nazwa - Enigmę chciałam wypróbować już od jakiegoś czasu. Znajdziemy w niej wiele nut zapachowych, np. paczulę, jaśmin, różę, drzewo sandałowe, orchideę, wanilię czy brzoskwinię. Z pewnością jest to zapach cięższy, słodko-kwiatowy, lekko korzenny. I znów to kolejny przykład cięższego zapachu od Oriflame, który zbiera świetne recenzje, ale mi do gustu nie przypada (a dodam, że generalnie gustuję właśnie w cięższych zapachach). Porównywany często do wysokopółkowych zapachów, wieczorowy i otulający, dla mnie niestety okazał się męczący i znów nie dostrzegam w nim tej całej magii.


LOVE POTION SECRETS | Zapach, który bardzo bardzooo lubię, choć wcale nie grzeszy oryginalnością - Love Potion Secrets. Mieszanka białej czekolady, białych truskawek (nigdy nie jadłam, ale chciałabym ich kiedyś spróbować) i nektarynki. Flakon dziwaczny, moim zdaniem nie za piękny, ale lubię go w końcu za wnętrze. Właściwie nie wiem co w tym zapachu jest, że tak bardzo go polubiłam i tak często po niego sięgam. Nie jest ani specjalnie oryginalny, ani też nie jest zbytnio trwały. To słodkie, bardzo kobiece, pudrowe perfumy z lekką nutą truskawek, nieco infantylny, ale dla mnie piękny. W żadnym wypadku nie jest ulepowaty! Jest słodki, ale do noszenia nawet latem.

TONKA BEAN | Najdroższymi perfumami Oriflame są dwa zapachy Sublime Nature - zapachy proste, w duchu perfum niszowych, oparte na jednym głównym składniku. Bardzo lubię tego typu kompozycje, już od dawna wyszukiwałam perfum pachnących jedną konkretną nutą. Jednym z zapachów Sublime Nature jest Tonka Bean oparty oczywiście na tonce. Całkiem ładny, balsamiczny, słodki zapach, taki waniliowo-pudrowy. Uwielbiam waniliowe klimaty w perfumach, ale ten akurat mnie nie zachwycił na tyle aby skusić się na cały flakon.



TUBEROSE | Drugim z zapachów Sublime Nature jest Tuberose, oparty oczywiście na tuberozie. Ten jest w moim odczuciu o wiele ładniejszy, kwiatowy, nieco waniliowy. Ma w sobie coś przyjemnie kremowego, trochę pudrowego - a ja bardzo lubię takie nuty. Bardzo fajny zapach, myślę że wart przetestowania. Jeśli lubicie zapach białych kwiatów, szukacie perfum typowo kwiatowych to możecie przyjrzeć się tuberozie z Ori. Flakonu nie mam, ale sam w sobie również wydaje się bardzo miły dla oka.


PARADISE | Obok moich ulubionych egzotycznych Amazing Paradise, stoi pierwowzór - Paradise. Mimo, że to ta sama rodzina to wody całkowicie się od siebie różnią. Paradise jest bardziej wiosenny w moich odczuciu, z początku ostry, mocno czuć pieprz (czarny i różowy). Po flakonie w odcieniu jasnego różu nie spodziewałabym się takiego ostrzejszego zapachu. Z czasem Paradise łagodnieje i pachnie już bardziej kwiatowo, trochę różą, trochę frezją, ale pieprz cały czas gdzieś tam przebija. Jest to trochę piżmowy zapach, nieco korzenny, ale przede wszystkim pikantno-kwiatowy. Z początku uznałam go za średni, ale powiem Wam że zaczynam się do niego bardziej przekonywać, ten kwiatowo-pieprzny zapach jest intrygujący, choć na pewno nie każdemu przypadnie do gustu.


LOVE POTION | Pierwowzór mojego ulubionego, bardziej delikatnego Love Potion Secrets. Spodobał mi się od pierwszego powąchania i myślę, że skuszę się na cały flakon w okresie jesienno-zimowym. To ciekawy, kakaowy, słodki, nieco korzenny zapach. Pachnie pralinkowo, trochę w typie Amour Amour. Mocno czuję w nim rum, ale również kakao i czekoladę. Da się wyczuć także imbir, kawę, tonkę i wanilię. Nie wiem jak Wy, ale ja uwielbiam perfumy z nutą kakao, rumu i wanilii! Nie jest przesłodzony ani mdły, myślę że na jesień będzie idealny.


ECLAT MADEMOISELLE | Flakon Eclat Mademoiselle trafił do mnie przypadkiem i choć nie został moim ulubieńcem to sięgam po niego czasem do pracy. Jest to zapach bardzo bezpieczny, świeży, kwiatowo-owocowy. Niestety trochę wtórny, mało oryginalny, brakuje mi w nim czegoś intrygującego. Wyczuwam w nim jabłko i frezję, ale w nutach znajdziemy też gruszkę i jaśmin.


DIVINE | Z Divine domyślałam się, że dłuższej znajomości nie będzie, bo rzadko kiedy podobają mi się typowo niebieskie, wodne, świeże zapachy. W Divine znajdziemy bambus, orchideę, kiwi i fiołek, który zapewne dodaje mu trochę pudrowości. Dla mnie pachnie jak mieszanka białych kwiatów, nut wodnych i właśnie pudru, ale ten mix wydaje mi się mocno nijaki i trudny do zapamiętania. Domyślam się, że może się podobać, ale zdecydowanie nie dla mnie.


DIVINE IDOL | Mamy również flanker: Divine Idol, który podoba mi się bardziej od poprzednika. Może nie skusiłabym się na cały flakon, ale to całkiem ładny zapach, bardziej kwiatowy, owocowy, świeży, a mniej wodny. Bardzo podoba mi się samo otwarcie zapachu, które jest orzeźwiające, owocowo-kwiatowe. Z czasem zapach jest słodszy i czuć w nim mocniej piwonię i białe kwiaty (i te późniejsze nuty podobają mi się trochę mniej). Nie jest zły, ale też bez szału.


Ufff, tym sposobem dotarliśmy do końca przeglądu oczywiście nie wszystkich zapachów od Oriflame, ale ich znacznej części. Kolejny raz zauważam, że zapachy katalogowe niestety często pachną nijako i tanio, ale prawie zawsze można znaleźć wśród nich wybijające się, nietypowe zapachy, trzeba tylko dobrze poszukać :). Ja jestem zdecydowaną fanką Amazing Paradise, Lovely Garden i Love Potion Secrets, ale do moich zapachów z Oriflame dołączy na pewno również Love Potion. Na pewno będę testować jeszcze inne perfumy z Oriflame, próbki to mały wydatek, a można poznać masę różnych zapachów.

Są tu jakieś fanki zapachów Oriflame? Dajcie znać czy macie od nich jakieś perfumy, albo czy kojarzycie któreś z mojego zestawienia :).

sobota, 28 lipca 2018

🔥 MAKEUP REVOLUTION: Metallic Liquid Lipstick 🔥

   Moda na metaliczne usta chyba nie do końca się przyjęła, ale osobiście ten trend bardzo mi się podoba. Nie jest to najlepszy wybór na pomadkę do pracy, nie każdemu pasuje i jest dość wymagający, ale to wreszcie coś innego po wszechobecnych matach! Takie pomadki pojawiły się jakiś czas temu u Makeup Revolution i choć marka miała już wcześniej metaliczne szminki to dopiero te są zastygające. Seria metalików weszła w skład mini kolekcji: Dragon, Unicorn i Mermaid Lips.


   Choć każdy z odcieni jest błyszczący to tak naprawdę mają one różne wykończenia. Niektóre są bardziej satynowe (jak błękit Deep Sea), typowo metaliczne (jak Whimsical), drobinkowo-flejkowe w typie lip crushersów (Fantasy) czy o metaliczno-matowym połysku (Fire Breathing). Różnią się także poziomem pigmentacji: Fire Breathing jest bardzo intensywny, a Fantasy to półtransparentny topper. Wszystkie zastygają na ustach zupełnie tak samo jak matowe pomadki. Kolory są mega odważne, ale naprawdę świetne. Najmniej chyba podoba mi się złoty Legend, ale wszystkie pozostałe, które mam bardzo mi się podobają.


   Pomadki mają przyjemny waniliowy zapach i błyskawicznie zastygają na ustach. Fajnie, że Revolution znów wypuściło coś bardziej nietypowego i wbijającego się w aktualne trendy. Minusy pomadek? Są dość mocno suche, więc wysuszają usta, jak to maty. Niektóre z matowych pomadek robią to mniej lub bardziej niż inne, a te z Revolution zdecydowanie można zaliczyć do tych bardziej wysuszających (ale plusem jest fakt, że nie zostawiają żadnych śladów). Są dość trwałe, ale mają tendencję do wykruszania się przy linii wewnątrz ust. Co ciekawe wszystkie z kolorów zachowują się podobnie za wyjątkiem niebieskiego, który przynajmniej w moim wypadku dziwnie mrowi w usta.



   Wiem, że wśród Was nie ma zbyt wielu zwolenników metalicznych ust, ale jestem bardzo ciekawa czy znajdą się tu jednak jakieś osoby posiadające metaliczną pomadkę w swoich zbiorach. Dajcie znać :)!

piątek, 27 lipca 2018

Maseczka, którą warto sprawdzić: NUXE NUXURIANCE ULTRA

   Jestem wielką fanką maseczek, ale nie mam zbyt wielu ulubionych produktów z tej kategorii z wyjątkiem masek algowych, do których zawsze wracam i mam je w zapasie. Ostatnio odkryłam jednak bardzo fajną maseczkę anti-aging o nawilżająco-ujędrniającym działaniu z marki, którą wprost uwielbiam - Nuxe. Zazwyczaj w pielęgnacji nie jestem zbyt długo wierna jednej marce, ale Nuxe jest wyjątkiem. Odkąd lata temu poznałam ich suchy olejek to zawsze prędzej czy później wracam do ich kosmetyków, które rzadko kiedy się u mnie nie sprawdzają (ale uwielbiam je nie tylko za działanie, ale też za piękne zapachy!). Nuxuriance to świetna maska dla osób zabieganych - wystarczy przejechać wygodnym roll-onem po skórze i można kłaść się spać, a rano możemy cieszyć się ładnie nawilżoną skórą :).


   Maska jest polecana dla każdego rodzaju skóry, ale moim zdaniem fajnie sprawdzi się szczególnie na skórze potrzebującej nawilżenia i na płytko unaczynionej (roll on przyjemnie chłodzi i uspokaja skórę). U mnie świetnie się sprawdza na noc: nakładam ją przed snem i już nie zmywam. Rano skóra wygląda dobrze, jest nawilżona i co przy mojej mieszanej cerze bardzo istotne - maska nie zapycha. Maseczkę można również stosować na dzień, ale producent poleca ją zmywać. Przyznam szczerze, że ja też zawsze ją zmywam jeśli planuję nakładać makijaż. Warstwa jest jednak lekko wyczuwalna, a ja preferuję ultra lekkie formuły w roli bazy pod podkład.

   Nuxuriance ma formę lekkiej emulsji, która dość szybko się wchłania i pozostawia na skórze przyjemny, bardzo aksamitny w dotyku film. Ciężko mi ocenić czy na dojrzałej skórze da radę w kwestii ujędrniania, ale na moją cerę działa bardzo korzystnie dającej efekt jakby wypełnionej skóry. Nie mogłabym też nie wspomnieć o zapachu, który w przypadku tej maski jest zarazem delikatny, ale przypominający perfumy (mieszanka białych kwiatów i drzewa sandałowego).


   Polecam, myślę że to jedna z tych masek, które warto kiedyś wypróbować. Jeśli szukacie nawilżenia i lekkiego ujędrnienia, nie lubicie aplikować maski z tubki czy saszetki, to Nuxuriance może przypaść Wam do gustu. Oczywiście z ręką na sercu polecam Wam również świetne maski algowe <3. A Wy co polecacie z Nuxe?


  • Maseczka kosztuje w granicach 70zł do nawet 195zł (Sephora), dlatego przed zakupem polecam zrobić research cenowy. Link do strony maseczki KLIK

poniedziałek, 23 lipca 2018

SHINYBOX 6 years together

Shinybox ostatnio obchodził swoje już szóste urodziny i z tej okazji przygotował specjalne, chyba najbardziej wyczekiwane pudełko. Poprzeczka z pewnością była postawiona wysoko, chyba każdy kto zamówił rocznicowe pudełko oczekiwał naprawdę wyjątkowej zawartości. A czy Shiny sprostał tym oczekiwaniom... przyjrzyjmy się temu boxowi z bliska :)!


W moim pudełku znalazłam aż dziesięć różnych produktów, z czego kilka było pełnowymiarowych. Boxy różniły się między sobą samymi kosmetykami jak i ich wariantami kolorystycznymi. Z typowo letnich produktów znalazł się spray koloryzujący do włosów Live Colour od marki Schwarzkopf w niebieskim kolorze - może nie każdego zadowoli, ale myślę że to fajny dodatek w festiwalowym okresie. Do włosów mamy także szampon marki Nutka, która już kiedyś pojawiła się w Shiny (wtedy był to żel pod prysznic). W zawartości zdecydowanie skupiono się na produktach typowych na lato, bo mamy również pełnowymiarowy filtr do twarzy SPF 50 od Kueshi czy pomadkę ochronną z filtrem Delia Sun Fun. Ponadto Shiny dorzucił wodę kokosową od Dr. Coco, antybakteryjne mydełko Clean Hands i wielorazowe płatki kosmetyczne Loffme - każdy z nich mógłby się znaleźć w wyjazdowej kosmetyczce. Z kolorówki pojawiła się pomadka w kredce od Bell. Oprócz tego krem matujący Efektima i maseczka tej samej marki.


Pudełko w tym miesiącu wypadło całkiem fajnie, produktów jest sporo i są odpowiednio dopasowane do aktualnej pory roku. Dla mnie minusem są trochę marki, które często przewijają się w boxach - mam na myśli np. Bell, Efektimę czy Clean Hands. Nie są to oczywiście złe marki, ale po prostu widzę je często i już trochę mi się "przejadły", chętnie zobaczyłabym coś innego, najlepiej mniej popularnego. A Wy co sądzicie o rocznicowym Shinyboxie?


niedziela, 15 lipca 2018

Przegląd zapachów od AVON | część II

Dziś pod lupę biorę może nie najniższą, ale zapewne jedną z niższych półek cenowych w kategorii zapachów - przez niektórych lubiany, przez innych znienawidzony Avon. Mimo, że w perfumach celuję raczej w górnopółkowce, a już niestety najbardziej przemawia do mnie najdroższa nisza, to mam w swojej kolekcji trochę bardzo tanich zapachów, które nie są może wybitne, ale lubię po nie sięgać na co dzień. Szczególnie latem lubię różne nieskomplikowane perfumy. Avon ma w swojej ofercie naprawdę sporo zapachów do wyboru, jedne bardziej udane, inne trochę mniej, ale już nie raz przekonałam się, że można trafić na coś ciekawego, choć przyznaję, że w kwestii katalogowych perfum jednak bardziej przemawia do mnie Oriflame. Trzy lata temu na blogu opublikowałam wpis z przeglądem zapachów od Avon - tych bardziej i mniej popularnych (tu macie link do tamtego wpisu). Dziś mała powtórka z rozrywki: kilka zapachów nowszych, kilka starszych i bardziej znanych. Jestem bardzo ciekawa czy znajdą się osoby, które znają te zapachy!


LUCK | Jeden z bardziej popularnych zapachów Avonu o uroczej buteleczce. Wodą Luck zainteresowała mnie kiedyś Turkusoowa, która opisała je jako szarlotkowy, smakowity zapach i powiem Wam, że coś w tym jest! Luck nie pachnie stricte jak szarlotka, ale ma w sobie coś słodkiego, ciepłego i nieco jabłkowego. To taki przyjemny, bezpieczny wybór, lekko owocowy, dobry na co dzień i chyba na każdą porę roku (może z wyjątkiem upalnego lata). Nie jest to nic oryginalnego, ale podoba mi się. Nuty w Luck to czerwone jagody (których ja nie umiem wyczuć), drzewo sandałowe, które zapewne nadaje kremowości i białe kwiaty.


FAR AWAY GOLD | Z rodziną Far Away zawsze miałam problem - z jednej strony oscylują one gdzieś w okolicach moich zapachowych upodobań (słodkie, waniliowe, orientalne), ale z drugiej strony mają w sobie coś syntetycznego, migrenogennego i duszącego co sprawia, że zawsze obawiam się je kupić. Far Away Gold to jednak prawdziwe zaskoczenie! Flanker wypada moim zdaniem dużo lepiej niż oryginał Far Away i powiem z ręką na sercu: gdybym powąchała je z zawiązanymi oczami to nie uwierzyłam w życiu, że to Avon :). Wersja Gold to piękny, otulający, słodki zapach. Pachnie głównie wanilią i ylang ylang. Naprawdę mogłabym dać się nabrać, że to coś z wyższej półki (myślę, że Far Away Gold mogą spodobać się fankom Shalimara, Lou Lou czy Samsary). Boję się trochę czy nie będą męczące na dłuższą metę, ale o tym dopiero się przekonam, bo planuję kupić je na jesień.


LITTLE BLACK DRESS | Kompletnie nie rozumiem fenomenu Little Black Dress. Podchodziłam do tego zapachu kilkukrotnie i za każdym razem zupełnie mi się nie podobał. Nuty zapachowe wskazują, że powinniśmy się polubić: śliwka, którą uwielbiam w perfumach, ukochana gardenia, jaśmin, ylang ylang... każdą z tych nut naprawdę uwielbiam, ale nie w Little Black Dress. Nie pamiętam ile przerobiłam próbek tego zapachu, myślałam że może trzeba do nich "dojrzeć", ale nic z tych rzeczy. Dla mnie to jeden z większych koszmarków perfumeryjnych, zawsze pachniał mi bardzo tanio, bazarowo i nijako. Czuję w nim głównie mieszankę białych kwiatów i nut niepodobnych do niczego (coś a la moja znienawidzona mieszanka zapachów unosząca się nad stoiskiem z odlewkami podrób perfum). Ciekawa jestem czy są tu jakieś zwolenniczki LBD - ja nie umiem się do nich przekonać ;).


ALPHA | Kolejny z zapachów Avon, który odbieram jako taki bardzo bezpieczny wybór, trochę też nijaki, choć niebrzydki. Najmocniej wybija się w nim nuta malin, ale nie spodziewajcie się totalnie owocowego, letniego zapachu. To taka słodko-kwaskowa kompozycja, ale z nutami drewna i kwiatów, które sprawiają że zapach jest trochę poważniejszy (malina w roli pierwszoplanowej mogłaby sprawiać wrażenie takiego mocno "nastolatkowego" zapachu). Moim zdaniem propozycja typowo na co dzień, bezpieczna, ale też bez polotu.


LITTLE LACE DRESS | Jak przystało na antyfankę Little Black Dress, pozostałe zapachy z gamy też nie trafiają w mój gust. Little Lace Dress odbieram jednak jako nieco przyjemniejszy od oryginału, choć nadal to nie to i z pewnością nie skusiłabym się na zakup. To paczulowa kompozycja, słodka, moim zdaniem dusząca i mało ciekawa. To znów ten typ zapachu, który przypomina mi niezidentyfikowaną mieszanką różnych perfum.

LILY SOFT MUSK | Dość nowy zapach, w Avonie pojawił się niedawno, tuż obok Silky Soft Musk (który swoją drogą całkiem mi się podoba). Lily Soft Musk pachną bardzo przyjemnie i już od jakiegoś czasu skłaniam się do zakupu, myślę że w końcu się zdecyduję. To lekka kompozycja, w której czuję przede wszystkim białe kwiaty, lilię, frezję i konwalię, ale nie jest to taki ciężkawy, duszący mix jaki często się zdarza w przypadku perfum pachnących białymi kwiatami. Lily Soft Musk są jakby lżejsze, delikatniejsze i znów niewybitne, ale przyjemne. Jeśli lubicie typowo kwiatowe perfumy to może Wam przypaść do gustu.



RARE PEARLS | To z kolei zapach, który pachnie dla mnie jak kwintesencja perfum o zapachu białych kwiatów. Rare Pearls są dostojne, eleganckie i zupełnie inne od poprzednika (Lily Soft Musk). Oceniam je bardzo dobrze, ale wydaje mi się, że mogą też przyprawiać o ból głowy, dlatego choć ładne to zawsze obawiałam się zaryzykować. To oczywiście typowo kwiatowy zapach, ale z przyjemną nutą miodu. Rare Pearls pachnie czysto, kremowo, delikatnie i trochę retro. Mimo, że to niedrogi zapach to kojarzy mi się z luksusem, perłami, bielą i starym Hollywood. Przywodzą mi na myśl Pure Poison od Diora.


SCENT ESSENCE WILD POPPY | W Avonie znajdziemy kilka lekkich wód toaletowych z serii Scent Essence - część z nich już nie ma w sprzedaży, ale często jeśli nawet nie znajdziemy zapachu w katalogu to można dostać go choćby na allegro. Wild Poppy to wariacja na temat maków - z dodatkiem bergamotki i cedru. Choć pojawia się makowa nuta to mimo wszystko zapach jest z kategorii zupełnie nijakich pachnideł, słodko-owocowych, nieco pudrowych. Raczej nie ma sensu zawracać nim sobie głowy.


SCENT ESSENCE PASSION FRUIT | Jeden z moich ulubionych zapachów Avonu <3. Od razu uprzedzam, że nie jest to nic wybitnego czy skomplikowanego - to bardzo prosty, prawie jednoskładnikowy zapach! Jednak w moim odczuciu bardzo apetyczny i jak to mówię "escadowy", bo przypomina mi letnie limitowane perfumy z Escady. Pachnie marakują, jest owocowy, egzotyczny i tym samym idealny na lato. Bardzo lubię tę wodę i polecam jeśli jesteście fankami takich słodkich i typowo owocowych zapachów (a szczególnie jeśli lubicie nuty takie jak marakuja czy mango). Do tego ekstremalnie tani (można go kupić za 10-15zł).


INCANDESSENCE GLOW | Tym razem sprawdziłam nie klasyczne Incandessence, ale wersję Glow w niebieskim flakonie. Swoją drogą buteleczka wygląda oryginalnie, podoba mi się ten kształt, choć nasuwa skojarzenia z jabłuszkami od DKNY ;). Glow pachnie magnolią, różą i zielonym jabłuszkiem. Jest to zapach przede wszystkim kwiatowy, ale też nieco wodny i jednocześnie słodki. To kolejna propozycja z gatunku grzecznych, ale trzeba również przyznać, że jest przyjemna i będzie dobra na co dzień. Nie skuszę się, ale może się spodobać.


IMARI ELIXIR | Ta wersja Imari to dla mnie wielki zawód. Powąchałam Imari Elixir po raz pierwszy na pachnącej stronie w katalogu i ... oczarował mnie! Połączenie moich ukochanych nut: wanilii, róży i jeżyny brzmiało i pachniało idealnie. Taki jeżynowo-waniliowy zapach z dodatkiem róży, cudo. Niestety kiedy je kupiłam cały czar prysł. Nie mam pojęcia dlaczego zapach wydawał się taki ładny na pachnącej kartce, bo w buteleczce to dla mnie zupełnie inna bajka. Jest słodki, nieco ciężki, ale nie umiem wyczuć w nim tej dominującej jeżyny z wanilią... znów pachnie mi słodkim, nijakim mixem wszystkiego i niczego i czuję się w nim jak przysłowiowa "ciocia klocia" ;). Dam im jeszcze jedną szansę, ale póki co nie wróżę im dłuższej znajomości!